Przejdź do treści

Etiopia – Harar, miasto z listy UNESCO

Podróż przez Dire Dawa do Harar

Niewiele ponad godzinę lotu od Addis Abeby na wschód dzieli mnie od lotniska w Dire Dawa, a stamtąd drugie tyle jazdy i już jestem w Harar, nie wiadomo, dlaczego w polskiej Wikipedii nazywane Harer. Jest to jedyne w Etiopii miasto otoczone murem. Średniowieczny Harar został wpisany na listę UNESCO i nie potrafiłem oprzeć się ciekawości, jak wygląda to rzadko odwiedzane miejsce.

Wprawdzie z Dire Dawa do Hararu jeżdżą lokalne, wolne i zatłoczone autobusy, znacznie wygodniej umówić się z taksówkarzem i nie jest to wcale aż tak droga impreza, jakby mogło się wydawać.

Droga do Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Dire Dawa jest gorącym i całkiem uporządkowanym jak na Etiopię miastem. Jedynym ciekawym budynkiem jest zabytkowa stacja kolejowa, która została wybudowana przez Francuzów na początku XX wieku. Proszę kierowcę, by mnie powiózł pod stację – budynek jest niestety w remoncie, zatem nie można zobaczyć go w środku.

Stary dworzec kolejowy w Dire Dawa. Fot. Jacek Torbicz.

Dzisiejszy dworzec kolejowy został zbudowany przez Chińczyków, podobnie jak cała nowa linia kolejowa, i znajduje się daleko za miastem.

Narkotykowe drzewka

Wkrótce wyjeżdżamy za miasto, mijając wojskowe kontrole. Nie jesteśmy jednak zatrzymywani. Żołnierze z karabinami, widząc mnie, machają do kierowcy, by jechał dalej. Droga wspina się z wysokości 1370 m n.p.m. stopniowo pod górę. Harar znajduje się na wysokości 1900 metrów i dzięki temu tamtejszy klimat jest przyjemnie umiarkowany.

Właśnie wysokie położenie Hararu spowodowało, że budujący kolej Francuzi postanowili nie doprowadzać tam linii kolejowej. W ten sposób przyczynili się do powstania miasta Dire Dawa oraz utraty znaczenia przez średniowieczny Harar. Na pocieszenie zafundowali miastu pierwszy szpital w Etiopii, który działa do dziś.

Po drodze mijamy plantacje khatu, czyli po polsku czuwaliczki jadalnej. Plantacje niewielkich drzewek zajmują tu ogromne obszary. Jest to nielegalna w Polsce, lekko narkotyczna roślina. Żucie świeżych liści z tych drzewek działa podobnie do amfetaminy, choć znacznie słabiej.

Kobiety sprzedające khat. Fot. Jacek Torbicz.

Każdej nocy startują stąd pickupy pełne khatu i pędzą na złamanie karku do Somalilandu – w tym biznesie liczy się szybkość dostawy. Khat dla Somalijczyków stanowi powszechną i niezwykle ważną używkę, bez której dosłownie nie mogą się obejść. Pamiętam, że podczas pobytu w Somalii te gorzkie liście żuli niemal wszyscy, łącznie z dziećmi. Pamiętam też na północnych zboczach Mount Kenya całe miejscowości żyjące z khatu, które wyglądały niczym miasteczka Dzikiego Zachodu. Tam też ciężarówki szaleńczo gnały w kierunku granicy z Somalią.

Zwiedzanie miasta

Na zwiedzanie Hararu zaplanowałem niemal dwa dni. Miałem nocować w Ras Hotel, ponoć miejscu akceptowalnym. Jednak po zobaczeniu pokoju i masakrycznie brudnej łazienki rozpytuję zatem o inną opcję i znajduję za rogiem skromny, ale całkiem czysty hotel muzułmański. Będąc w tym niskobudżetowym pokoju z łazienką bez ciepłej wody, z rozrzewnieniem wróciłem do czasów, gdy była to norma podczas backpackerskich podróży.

Fot. Jacek Torbicz.

Przed przyjazdem umówiłem się z lokalnym przewodnikiem o imieniu Abdul. Miałem ochotę rzeczywiście czegoś się dowiedzieć. Z hotelu, jeszcze przed spotkaniem z Abdulem, robię mały rekonesans. Usiłuję znaleźć jakikolwiek bar i miejsce, gdzie mógłbym coś przekąsić. Nie jest to łatwe, gdyż centrum Harar to prawdziwa pustynia gastronomiczna.

Ulice Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Abdul okazuje się starszym człowiekiem. Posiada ogromną wiedzę, jest spokojny i chętny, bym poznał każdy zakątek Hararu. Cieszę się, że nie włóczę się sam po mieście bez pojęcia o nim. Abdul jest starszy ode mnie, jednak z trudem mogę za nim nadążyć (a myślałem, że będzie odwrotnie…).

Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Abdul jako młody człowiek spędził długie miesiące w więzieniu podczas czerwonego terroru i rządów komunistycznej partii Derg. Wielu z jego znajomych nie przeżyło tortur i powszechnego zabijania więźniów dla zabawy – typowych sytuacji podczas rządów Mengistu, popieranych przez Związek Sowiecki.

Utracony Emirat Hararu

Idąc w kierunku murów miejskich, wstępujemy do budynku sądów, w których oglądam piękne witraże nawiązujące do historii Etiopii. Moją uwagę zwraca też pusty cokół na pobliskim placu. To miejsce po zburzonym kilka lat temu konnym pomniku Ras Makonnena, ojca cesarza Hajle Selasje, który nota bene sam nie był cesarzem. Trzeba nadmienić, że młody Hajle Selasje właśnie tutaj się wychowywał w ładnym ale stosunkowo skromnym domu, który raczej trudno nazwać pałacem. „Ras” oznacza głowę, ale też tytuł książęcy, „Tafari” było imieniem przyszłego cesarza. Stąd dom nazywany jest Ras Tafari i już wiemy skąd wzięli się rastafarianie. Oczywiście zwiedzam to ciekawe miejsce w którym zgromadzono pamiątki po cesarzu. Wnętrza domu cesarza nie można fotografować.

Ras Tafari House. Fot. Jacek Torbicz.

Sentymenty antyetiopskie są żywe tu do dzisiaj. Trzeba pamiętać, że ponad tysiącletni Harar był w wielu okresach niezależnym emiratem. Etiopczycy na rozkaz cesarza Menelika II najechali na emirat dopiero w 1887 roku, pokonując Hararczyków w bitwie pod Chelenqo. Ostatni władca Hararu, emir Abdullahi, uciekł z pola bitwy i od tamtej pory miasto stało się częścią Abisynii, a dzisiaj Etiopii. Skończyło się istnienie emiratu, który istniał od 969 roku, ponad 900 lat!

Znając tę historię, łatwiej zrozumieć, że po konnym pomniku ojca Hajle Selasje pozostał cokół. Został zniszczony podczas zamieszek w 2020 roku i nikt nie kwapi się, by go odbudować.

Cokół po konnym pomniku Ras Makonnena. W tle gmach lokalnych władz. Fot. Jacek Torbicz.

Święte miasto islamu

Przed wejściem w obręb murów przechodzimy przez tereny targowe. Bałagan i nędza wystawionych towarów nie robią dobrego wrażenia, choć trzeba przyznać, że jest egzotycznie i interesująco.

Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Handluje się tu takimi rzeczami, jakie u nas wylądowałby w śmietniku. Tutaj rzeczywiście nic się nie marnuje. Może lepiej niż zdjęcie atmosferę tego miejsca odda krótki filmik:

Znacznie lepiej i czyściej jest na starym mieście. Z przyjemnością i bez pośpiechu spaceruję jego zaułkami. Zaiste, prawdziwy labirynt uliczek. Jedna z nich jest tak wąska, że nosi nazwę „uliczki pojednania”, gdyż aby się tam minąć, trzeba się o siebie otrzeć.

Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Mieszkańcy to przede wszystkim muzułmanie. Jest tu ponoć 99 meczetów, a na starym mieście dokładnie 82. Wszystkie są ponumerowane i przy każdym znajduje się tabliczka z numerem. Największy z nich, tysiącletni Meczet Piątkowy, został niestety częściowo zasłonięty paskudną, nowoczesną przybudówką, miejscem modlitwy przeznaczonym dla kobiet.

Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Harar jest czwartym najświętszym miastem islamu, choć nie jest to jakiś oficjalny tytuł. To bardziej przydomek nadany przez bractwa sufickie. Przez lata był centrum islamu promieniującym na całą Afrykę Wschodnią i symbolem pobożności.

Przystajemy przy budynku spotkań bractw sufickich i rozmawiamy chwilę z szejkiem, najważniejszą osobistością wśród tutejszych muzułmanów. Większość mężczyzn należy do tych bractw, spotykają się raz w tygodniu, aby dyskutować, modlić się, śpiewać i tańczyć w transie. Ortodoksyjnych wahabitów jest tu znacznie mniej, ale są aktywną siłą. Harar szczyci się tolerancją, wolnością i umiłowaniem pokoju, jak można często usłyszeć, a nawet przeczytać na murach.

Fot. Jacek Torbicz.

Domy Hararu

Zaglądamy do kilku domów znajomych mojego przewodnika. Jedne są uporządkowane, świecą czystością, w innych panuje bałagan i bylejakość – jak w życiu. Wszędzie jednak powtarza się ten sam schemat mieszkania.

Fot. Jacek Torbicz.

Centralną część salonu zajmują kilkupoziomowe podesty. Na górze jest miejsce dla głowy rodu, obok w pozycji półleżącej układają się inni mężczyźni. Niżej jest miejsce przeznaczone dla kobiet, a najniżej dla dzieci. Podesty zawsze mają barwę krwistoceglaną – to upamiętnienie krwawej bitwy pod Chelenqo, o której już pisałem. W każdym domu czci się pamięć poległych przodków. Bitwa ta była katastrofą dla niezależności Hararu – wojska Menelika II rozbiły całkowicie armię Hararu. Poległy tysiące słabo uzbrojonych wojowników.

Fot. Jacek Torbicz.

Na ścianach często wiszą misy, kosze i różne ozdoby. Jak się dowiedziałem, kiedyś były to wyłącznie wyroby lokalne, dziś niektórzy ozdabiają wnętrza ceramiką z Czech.

Domy są zbudowane z gliny zmieszanej ze słomą – rozwiązanie, które widziałem też w Ameryce Południowej, gdzie znane jest jako adobe. Materiał ten powoduje utrzymywanie przyjemnej temperatury zarówno podczas upałów, jak i chłodów.

Fot. Jacek Torbicz.

Dom Arthura Rimbaud

Najchętniej zwiedzanym miejscem Hararu jest piękny dom, w którym mieszkał Arthur Rimbaud. Była to niezwykła postać – francuski poeta i awanturnik, który w XIX wieku szokował współczesnych. Rimbaud w Hararze zajmował się handlem, w tym handlem bronią. Dla wielu osób zafascynowanych poetą jego dom jest celem swoistych pielgrzymek.

Dom Arthura Rimbaud. Fot. Jacek Torbicz.

Na głównym placu starego miasta idziemy na kawę. Jako że nie ma innych turystów, cieszę się dużym zainteresowaniem miejscowych. Widzę obok kościół obrządku etiopskiego. Przewodnik mówi, że powstał z meczetu i jest jednym z dowodów prześladowań muzułmanów.

W samym środku starego miasta jest też kościół katolicki zbudowany przez Włochów. Jest obecnie pięknie odnowiony.

Wnętrze kościoła katolickiego w Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Ulice Hararu

Ulice Hararu są pełne życia. Na jednej z nich mężczyźni szyją na maszynach, zaiste, piękny to widok.

Fot. Jacek Torbicz.

Wchodzimy do palarni kawy oraz do młyna, gdzie miejscowe kobiety przynoszą swoje zboże do zmielenia. Cała sceneria przypomina jakąś nierzeczywistą bajkę. Do młyna przychodzą głównie kobiety, które cierpliwie czekają na swoją mąkę.

Młyn w Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Co mnie uderza – nie ma tu ulicznego jedzenia i kawiarni w naszym rozumieniu. W południe upał daje się we znaki i próbuję znaleźć gdzieś zimne piwo, jednak to „mission impossible”. Zimnego piwa można się napić poza starym miastem, np. w barze przy wspomnianym hotelu Ras – mam nadzieję, że ta cenna rada przyda się czytającym mój blog i spragnionym podróżnikom.

Mury Hararu mają różne style, były przebudowywane w zależności od panujących. Charakterystyczne ząbki są pozostałością po krótkim XIX wiecznym panowaniu egipskim. Daje się też zauważyć absurdalne inwestycje. Pod murami usunięto niestety wspaniały i egzotyczny targ przypraw. Zamiast tego wybudowano jakieś niepotrzebne nikomu schody i wielki napis „I love Harar”.

Mury Hararu. Fot. Jacek Torbicz.

Mury Hararu. Fot. Jacek Torbicz.

W całym mieście trwa stukanie i młotkowanie, gdyż wymienia się nawierzchnię kamiennych ulic. Dziesiątki ludzi ręcznie wykuwają kamienie do wykładania ulicy, a inni je wykładają. Mam wrażenie, że UNESCO zupełnie opuściło to miejsce, pozwalając na taką radosną twórczość.

Karmienie hien

Wielką atrakcją Hararu jest karmienie dzikich hien. Kiedyś mieszkańcy zaczęli je dokarmiać, gdyż zauważyli, że wtedy nie atakują zwierząt hodowlanych. Dzisiaj, codziennie wieczorem, czwarte i piąte pokolenie tej samej rodziny codziennie wieczorem dokarmia hieny.

Obraz przedstawiający karmieni hien. Fot. Jacek Torbicz.

Oczywiście korzystam z opcji karmienia, a nawet daję się namówić na bliskie spotkanie ze zwierzęciem. Trzymam w ręce krótki patyk; wkrótce hiena podchodzi i  zdejmuje kawałek mięsa z drugiego jego końca. Następnie powtarzam to samo, ale tym razem patyk trzymam w ustach. Widzę ją bardzo blisko, patrzę w jej ślepia, a nawet czuję jej smród z pyska. Uczucie jest tym ciekawsze, gdy uświadamiam sobie niezwykłe możliwości szczęki hieny, będącej tuż koło mojej twarzy. Jak wiadomo jej uścisk jest najsilniejszy na świecie, dwukrotnie silniejszy niż uścisk szczęki lwa. Podczas karmienia oprócz mnie były obecne tylko dwie Niemki, z których jedna odważyła się nakarmić hienę ręką. Zatem jako jedyny tego wieczora zrobiłem to w formule „face to face”, a raczej „pysk w pysk”. Wyglądało to tak:

Jestem w Etiopii w momencie, gdy turystyka pogrążona jest w kryzysie. Nie jest to dobre dla mieszkańców Hararu. Szkoda mi ich, błąkających się bez zajęcia, bez pracy. Cierpię, widząc nędzę na ulicach i liche towary, które każdy chce sprzedać. Z drugiej strony brak turystów daje mi poczucie wyjątkowości i obecności w naprawdę autentycznym, ciekawym i bogatym w historię miejscu.

Harar. Fot. Jacek Torbicz.

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych artykułach na blogu.

Polityka prywatności

Podziel się artykułem

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych artykułach na blogu.

Polityka prywatności

Przeczytaj również

1 komentarz do “Etiopia – Harar, miasto z listy UNESCO”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *