Prawdziwy koniec świata
Nadszedł w końcu czas lądowania na głównej wyspie archipelagu i jedynej zamieszkanej. Mogliśmy mówić o wielkim szczęściu – pogoda była znakomita: fala poniżej 2 m, wiatr słaby, prawdziwa rzadkość na tych wodach. Nic już nie mogło przeszkodzić, bym zrealizował jedno z ważnych podróżniczych marzeń – dotknięcie stopą wyspy Tristan da Cunha, gdzie mieszkający tu ludzie żyją najdalej na świecie od innych zamieszkanych obszarów.
Wyspę widać już z daleka, szczyt wulkanu, często zasłonięty przez chmury, wznosi się 2060 m ponad ocean. Tristan da Cunha jest de facto wystającym nad wodą czubkiem potężnego wulkanu, wyrastającego z leżącego 3,5 km niżej dna Atlantyku.
Przypomnę podstawowe fakty. Wyspę zamieszkuje około 270 osób. Nie ma tu lotniska ani portu. Kamienne nabrzeże otoczone falochronem może przyjmować tylko niewielkie łodzie lub pontony, którymi – wyłącznie podczas dobrej pogody – transportuje się ludzi i towary z cumujących na kotwicy statków. Najbliżej zamieszkanym miejscem jest Św. Helena, 2430 km stąd!
Gdy Tristańczycy z jakiegoś powodu muszą wydostać się ze swojej wyspy, np. z powodu poważnej konieczności medycznej, płyną do Kapsztadu. Niewielką łodzią przez zwykle wzburzony ocean mają do pokonania bagatela 2800 km. Zajmuje im to minimum 6 dni, ale jeden z nich opowiadał mi, że na skutek złej pogody i silnych prądów raz płynął 12 dni. Czy możemy sobie to w ogóle wyobrazić?
Wyspiarze muszą być zatem zdani bardziej lub mniej na siebie – i o tym za chwilę.
Lądowanie na Tristan
Nasz statek rzucił kotwicę blisko wyspy, doskonale można było widzieć zabudowania jedynej miejscowości o pięknej nazwie Edinburgh of the Seven Seas.
Domy rozrzucone pośród szerokich zielonych łąk, ciemne pola lawowe na ich obrzeżach, potężny wulkan w tle – miejsce piękne i z pozoru wydawało mi się przyjazne do życia.
Na wyspę ze statku przewieziono nas zodiakami. Wysiedliśmy na kamiennym wybrzeżu otoczonym falochronami. Wtedy zobaczyłem pierwszych Tristańczyków – śniade twarze, ciała raczej korpulentne, podobne rysy twarzy. Nic dziwnego – wszyscy mieszkańcy są ze sobą spokrewnieni, wszyscy się znają. Na wyspie występuje tylko osiem nazwisk: Glass, Green, Hagan, Lavarello, Patterson, Swain, Rogers oraz Repeto. Zanim zabiorę czytelników na spacer po Tristan, chcę wyjaśnić, skąd wzięli się na tej wyspie ludzie i stworzyli de facto spójny, zżyty naród – być może najmniejszy na świecie. Naród doprawdy niesamowity.
Ludzie na Tristan da Cunha
Pierwsi ludzie próbowali się tu osiedlać dopiero na początku XIX wieku. Była to czwórka Amerykanów. Jeden z nich ogłosił coś na kształt niepodległości i został władcą wyspy. Zabijali słonie morskie, wytapiali z nich tłuszcz i nawet próbowali upraw. Liczyli na zyski z wymiany ze statkami, które zatrzymywały się tu często przed wybudowaniem Kanału Sueskiego. Po dwóch latach jedynego żyjącego mężczyznę zabrał przepływający statek. Twierdził, że pozostali utopili się, łowiąc ryby, a jaka była prawda, nie wie nikt. Człowiekiem tym był Tomasso Corri. Krąży legenda, że na Tristan ukrył pokaźny skarb i tajemnicę miejsca jego ukrycia zabrał do grobu. Wyspiarze bez rezultatu szukali tego skarbu, ale prawdopodobne miejsce, gdzie miał się znajdować zalała dużo później lawa wulkanu. Tak w 1812 roku skończyła się pierwsza próba kolonizacji.
Był rok 1816. Na wyspę trafiały statki amerykańskie, brytyjskie i wielorybnicy. Napoleon przebywał już na wygnaniu na wyspie Św. Heleny. Brytyjczycy zdecydowali się zaanektować bezpańską Tristan, aby nie stanowiła ona bazy do ewentualnej francuskiej próby odbicia Napoleona.
Przywołując tę historię, nie mogę uniknąć porównania między Brytyjczykami a komunistami wszelkiej maści, którzy nie zadawaliby sobie tyle trudu. Ich metody były mniej wyrafinowane – car Mikołaj II skończył wraz z żoną i dziećmi w piwnicy, a uduszonego cesarza Haile Selassie pochowano pod podłogą toalety.
Na Tristan da Cunha stacjonował zatem garnizon, a następnie kilku z żołnierzy zdecydowało się zostać na wyspie. Wśród nich wyróżniał się William Glass, którego potomka w prostej linii miałem wkrótce poznać.
Mężczyźni słali prośby do gubernatora Św. Heleny o przysłanie kobiet. Dziś może się to wydawać dziwne, ale prośby zostały wysłuchane i pewnego dnia z szalupy wysiadło pięć, a według innych źródeł sześć niewiast. Jedna z nich była mulatką lub czarnoskórą i stąd w rysach Tristańczyków wyraźnie daje się zauważyć jej geny.
Nie wiadomo, jak nastąpił werbunek kobiet ani w jaki sposób przydzielono je mężczyznom. Legenda głosi, że Glass miał powiedzieć, że pierwsza, która wysiądzie z łodzi, będzie jego. Tak właśnie było i urodziła mu kilkanaścioro dzieci, tworząc wpływową do dziś rodzinę.
Najnowsze dzieje Tristan da Cunha
Tristan da Cunha w XIX wieku miało dwa ważne wydarzenia. Pierwsze z nich to odwiedziny księcia Alfreda, syna królowej Wiktorii. Wtedy osada została nazwana Edinburgh of the Seven Seas na cześć Alfreda, księcia Edynburga. Przy okazji – następny członek królewskiej rodziny trafił tu niemal 100 lat później i był nim książę Filip na słynnym jachcie Britannia.
Drugie zdarzenie było bardziej tragiczne. Gdy podczas sztormowej pogody do wyspy zbliżył się statek, mieszkańcy, głodni wymiany towarów, postanowili, że w kierunku statku popłynie piętnastu najsilniejszych mężczyzn największą łodzią, oczywiście wiosłową, przysłaną im przez Londyn. Pogoda była sztormowa, widoczność kiepska. Mężczyźni popłynęli w kierunku statku i nigdy już nie wrócili na wyspę. Prawdopodobnie utonęli, choć pojawiła się teoria, że zostali porwani na statek i sprzedani jako niewolnicy. Ta tajemnica nigdy nie została wyjaśniona. Można sobie wyobrazić rozpacz tej malutkiej społeczności po tej stracie.
Na Tristan trafiały liczne statki po zaopatrzenie, zatem wyspiarze mieli z czego żyć i utrzymywali kontakt ze światem. Po otwarciu Kanału Sueskiego statki zniknęły i mieszkańcy znów pozostali samotni.
Według słów obecnego administratora wyspy, którym jest obecnie Philip Kendall, przysłane kobiety urodziły łącznie 22 dzieci, dając podwaliny pod nową społeczność. Na wyspę trafiali rozbitkowie – jednym z nich był Włoch Repeto i, jak widać po rozprzestrzenieniu nazwiska, musiał być bardzo płodny. Administrator powiedział nam też, że dzisiaj, po dwustu latach, znów jest tylko 22 dzieci przy 270 mieszkańcach. Niestety społeczność Tristan wymiera. Philip Kendall twierdzi, że o ile nie osiedlą się tu nowi ludzie, za 10 lat liczba ludności spadnie poniżej 200.
Mało kto z zewnątrz chce tu rozpocząć nowe życie. Tristańczycy są hermetyczni, pracowici, religijni. Od czasu do czasu ktoś pragnie się tu osiedlić, ale rada wyspiarzy musi zaaprobować taką prośbę. Przybysz musi być przydatny, mieć dobry zawód i nieposzlakowaną opinię. Często się zdarza, że na wyspę próbują trafić różnego typu wariaci.
Wulkan 1961
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Wulkanu 1961. Liczba w jego nazwie nie oznacza wysokości, ale rok wybuchu, który zmienił życie wyspiarzy. Szliśmy przez zielone, bajkowe łąki, na których pasły się dorodne, głównie czarne krowy.
Obywatele Tristan ściśle kontrolują liczbę zwierząt. Każdy mieszkaniec może posiadać jedną krowę i dwie owce. W ten sposób dbają o pastwiska. Nie ma natomiast ograniczeń w posiadaniu kaczek i kur, a kamienne kurniki widziałem w wielu miejscach. Żałuję, że nie miałem okazji spróbować jajka z Tristan, tutejsze kury karmi się powszechnie… langustami.
Minęliśmy dwa położone obok siebie niewielkie cmentarze i zaczęliśmy się wspinać na szczyt, zaledwie 150 m n.p.m. Na czarnych polach lawowych spływających do samego oceanu już pojawiały się pierwsze rośliny – budziło się życie. Wkrótce osiągnęliśmy wierzchołek Wulkanu 1961, skąd roztoczył się fenomenalny widok, tak jak na krótkim filmiku poniżej:
Co wydarzyło się pewnej nocy 1961 roku? Obudził się uśpiony wulkan. Nastąpił wybuch, po którym powstał tuż obok miejscowości zupełnie nowy stożek, a lawa zaczęła płynąć niebezpiecznie blisko The Settlement, jak zwą ją mieszkańcy.
Nikt nie wiedział, co będzie dalej. Większość mieszkańców – niemal wszystkie kobiety i dzieci – wsiadła do łodzi i popłynęła na wyspę Nightingale, skąd podjął ich statek i zawiózł do Anglii.

Niewielki stożek Wulkanu 1961 widoczny na lewo od budynku szkoły. Tristan da Cunha. Fot. Jacek Torbicz.
Tristańczycy zostali zakwaterowani wspólnie, próbowali żyć w nowym i obcym dla nich świecie. Nie widzieli nigdy samochodu czy pociągu, musieli poznać, co to zegarek, pracować w fabryce. Czuli się nieszczęśliwi i zagubieni.
W roku 1963 przeprowadzono referendum, w którym zdecydowali niemal jednomyślnie o swoim powrocie na Tristan. Okazało się, że zniszczenia nie są duże, spalony został tylko jeden dom. Większym problemem okazał się fakt zalania przez lawę jedynej dobrej do lądowania na szalupach plaży. Przyszła konieczność wybudowania falochronu, co wkrótce zaczęli robić Brytyjczycy. Wróciła znaczna większość rodzin i choć dotknęli cywilizacji, udało im się wrócić do swego skromnego, pracowitego życia, które – choć nieco zmienione – trwa do dzisiaj.
Edynburg Siedmiu Mórz
Wielką przyjemność sprawiło mi samotne włóczenie się po Edynburgu Siedmiu Mórz. Odwiedziłem stary dom zamieniony w mini muzeum, gdzie gospodarzyły siostry, pani Repeto i pani Green.
Spacerując przez łąki, doszedłem do The Settlement, po drodze mijając bystry strumień, wokół którego chodziły kaczki.
Domy są niewielkie i zaniedbane, z werandami i często gratami na podwórkach. Spotyka się duże, łagodne psy. Kotów nie ma na wyspie i nie można ich mieć – są śmiertelnym zagrożeniem dla chronionych ptaków.
Zaszedłem do obydwu kościołów, katolickiego i anglikańskiego. W tym drugim skąpo ubrana, całkiem seksowna dziewczyna w krótkich szortach, stojąc na krześle, wieszała numery psalmów na najbliższe nabożeństwo. Patrząc na nią, bynajmniej nie myślałem o psalmach. Po dwuletnim pobycie w Anglii część katolików zmieniła wyznanie i dziś 80% mieszkańców to anglikanie.
Raz w roku do dentysty
Zaszedłem również do otwartego i zupełnie pustego szpitala. Nowy budynek wyglądał bardzo porządnie. Na wyspie jest jeden lekarz przysyłany na wielomiesięczny kontrakt z RPA i dwie pielęgniarki. Nie ma tu dentysty, natomiast pielęgniarki mają przeszkolenie dentystyczne. Raz w roku na Tristan da Cunha przypływa stomatolog. Oprócz leczenia robi przegląd uzębienia wszystkim mieszkańcom.
W miejscowości jest też sklepik z pamiątkami i działająca poczta, skąd można wysłać pocztówkę ze znaczkiem z Tristan da Cunha.
Porządku strzeże jeden policjant, który przechodzi szkolenie w Anglii. Ma porządne auto, ponton motorowy, kajdanki, a nawet celę. Przestępczość na wyspie jest jednak znikoma i jego interwencje są rzadkością. Na nasz statek wsiadł emerytowany policjant, poprzednik obecnego – Conrad Glass. Jak mi powiedział, najpoważniejszą sprawą w jego karierze była napaść, ale dokonali jej pracownicy kontraktowi z zewnątrz.

Fot. Jacek Torbicz.
Mieszkańcy żyją w swoistej komunie. Jeśli wiatr uszkodzi komuś dach, wszyscy go naprawiają. Pomoc sąsiedzka jest tu normą. Jajka czy mięso z krów i owiec rozdzielane są między potrzebujących, to nic, że zwierzęta są czyjąś własnością. Jedynymi udającymi się uprawami są ziemniaki. Otoczone od wiatru kamiennymi murkami pola są miejscem wspólnej pracy, ale też spotkań towarzyskich. Podobno jest to miejsce flirtowania i zawiązywania się związków męsko–damskich. Niejedna para zaczynała od kartofli. My byliśmy akurat po wykopkach, niektóre pola wydawały się opuszczone, ale gdzieniegdzie jeszcze wykopywano ostatnie ziemniaki.
Jeszcze niedawno na pola ziemniaczane jeździło się wózkami ciągniętymi przez osiołki. Dziś jest tu mnóstwo pickupów, a nawet mikrobus przysłany z RPA, choć to tylko 4 km. Zważywszy na fakt, że na wyspie można pojechać nie dalej niż 5 kilometrów, liczba pickupów mnie zszokowała. Lokalne prawo jazdy wydaje miejscowy policjant po krótkim egzaminie.
Samochody mają proste rejestracje TDC oraz kolejny numer od samochodu nr 1. Łatwo można zorientować się co do liczby zarejestrowanych aut na wyspie. Osiołki dożywają swoich dni na szczęśliwej emeryturze. Nie zjedzono ich, gdyż na osiołku do Betlejem przyjechała Święta Rodzina i dlatego osiołków nie można jeść.
Bar na końcu świata i langusty
My oczywiście szukaliśmy przede wszystkim baru i szybko go znaleźliśmy. Cafe Albatros mieści się w dużym budynku, w którym jest też duża sala pełniąca funkcję domu kultury.
Tristańczycy lubią imprezować, a święta i urodziny spędzają hucznie i robią to właśnie tutaj. W domu kultury kobiety robiły na drutach swetry i sprzedawały drobne pamiątki, korzystając z przybycia statku.
Ludzie na Tristan zachowują się powściągliwie, rzadko się uśmiechają i sprawiają wrażenie niezainteresowanych przybyszami. A przybycie statku musi być przecież wydarzeniem – w ciągu całego roku zawija tu ich tylko kilkanaście, a w wielu przypadkach zła pogoda uniemożliwia pasażerom zejście na ląd.
W Cafe Albatros zamówiliśmy piwo, whisky i langustę nazywaną tu homarem sprzedawaną na zimno w styropianowych pudełeczkach. Wszystko było absurdalnie tanie, aż myślałem, że barmanka pomyliła się, za pudełko z trzema obranymi langustami rachunek wynosił pięć dolarów! Na wyspie płaci się tylko gotówką w dolarach, funtach lub euro.
W barze udało mi się nawiązać rozmowę z miejscowymi kobietami, które piły ze szklanek wódkę. Wydawały się zupełnie zadowolone ze swojej izolacji, nie miały zamiaru wyjechać z Tristan. Używały lokalnego slangu i nie do końca je rozumiałem.

W Cafe Albatros, Tristan da Cunha.
Połów langust, zwanych często błędnie homarami, przynosi główny dochód wyspie. Dzięki nim dotacje z Londynu mogą być mniejsze. Langusty z Tristan są cenione przez kucharzy na całym świecie. Widzieliśmy je, pływając zodiakami, siedziały na skałach tuż pod powierzchnią wody. O znaczeniu langust, świadczy fakt, że znalazły się one w herbie Tristan da Cunha.
Społeczność kuzynów
W The Settlement widzieliśmy też dzieci, jak wspomniałem, jest ich niewiele. Budynek szkoły jest niestety już za duży, a w jednej z klas jest tylko jedno dziecko. Administrator opowiadał, że podczas niektórych zajęć łączą klasy, ale generalnie dla siedmiu nauczycieli na wyspie jest to pewne wyzwanie logistyczne. Po ukończeniu 16 lat rodzice mają prawo posłać dziecko na dalszą naukę – na Św. Helenę lub do Kapsztadu, co finansuje rząd Jego Królewskiej Mości.
Na Tristan wszyscy są spokrewnieni. Można pomyśleć, że jeśli chodzi o choroby genetyczne, powinna tu być prawdziwa katastrofa. Rzeczywiście, stwierdzono takie choroby, np. pewien rodzaj astmy, jednak mieszkańcy są raczej zdrowi, a średnia życia jest bardzo długa, co widać na tutejszym cmentarzu po datach na nagrobkach. Mamy tu empiryczny dowód, że mieszanie się krwi nie jest wcale takie złe.
Kawa u administratora
Miałem wyjątkową okazję zostać zaproszony do domu brytyjskiego administratora Philipa Kendalla. Podlega gubernatorowi rezydującemu na Św. Helenie i jest jednym z trzech administratorów w całym Zjednoczonym Królestwie.
Jego dom jest jedynym ładnym na wyspie. Pięknie utrzymany trawnik, drzewka, wszystko zadbane i nieskazitelne. Mr. Kendall opowiadał, że nie narzeka na nudę. Co chwilę musi rozstrzygać problemy, pomagać, interweniować. Nawet podczas naszego pobytu ktoś uszkodził sobie nogę podczas połowu po drugiej stronie wyspy i musiał organizować łódź, która dotrze do rannego.
Urzędnik mieszka na wyspie z żoną, oboje są dystyngowani i pełni elegancji. Administrator osobiście zrobił nam kawę, prawdopodobnie jesteśmy z przyjaciółką jednymi z nielicznych na świecie osób, którym przedstawiciel Jego Królewskiej Mości na Tristan da Cunha zrobił kawę.

Dom administratora. Tristan da Cunha. Fot. Jacek Torbicz.
Administrator jest tu na trzyletniej kadencji, w głowie mi się nie mieściło, że dyplomata pracujący w ambasadach w Korei czy na Węgrzech trafił w to zapomniane przez Boga miejsce. Co on takiego zrobił? A może chciał się wyciszyć? Nie zdążyliśmy zapytać, gdyż jego żona zaczęła nerwowo spoglądać na zegarek, najwyraźniej musieli przyjąć już innych gości.
Życie na Tristan
Czy ciężkie jest życie Tristańczyków? Dla nas może niewyobrażalne, ale dla nich, jak mi się wydawało, szczęśliwe i spokojne. Wprawdzie mają internet dzięki Starlinkowi, jednak ani razu nie widziałem wyspiarza wgapiającego się w smartfona, jak to dzieje się powszechnie u nas. Ba, mają nawet możliwość zamawiania towarów przez internet, specjalnie w tym celu założono im kod pocztowy: TDCU 1ZZ. Nie jest to jednak oficjalny kod i adres wygląda następująco: Tristan da Cunha, South Atlantic Ocean, United Kingdom. Przesyłka zamawiana przez internet idzie kilka miesięcy…
Podczas krótkiego pobytu widziałem społeczność stonowaną, zrównoważoną i szczęśliwą. Widziałem też, że przybysze ich męczą i nie mogą się doczekać, gdy my, kosmici, już odjedziemy. Czy coś innego kryje się pod tą ich łagodną powłoką? Nie wiem. Być może wiedzą o tym administrator i jedyny policjant na Tristan da Cunha.
O innych wyspach archipelagu można przeczytać tutaj: Odcinek 1.






















