Tristan da Cunha
Wyspa Tristan da Cunha jest najodleglejszym na świecie zamieszkanym miejscem od innych zamieszkanych obszarów. Trudno sobie wyobrazić samotniejszy skrawek lądu, najbliżej żyjący inni ludzie to mieszkańcy św. Heleny, 2430 km stąd! Nie ma tu lotniska a niewielki port może obsługiwać jedynie małe łodzie i to tylko przy dobrej pogodzie.
Mieszkańcy Tristan w liczbie 270, zmagają się z niewyobrażalnymi dla nas wyzwaniami, są jednak w niezwykły sposób przywiązani do swojej malutkiej ojczyzny. Wydają się szczęśliwi i w następnej części bloga postaram się opowiedzieć o ich unikatowej społeczności.
Zanim opiszę, co tu zobaczyłem i czego się dowiedziałem, przyjrzyjmy się podstawowym faktom.
Wyspa zawdzięcza swą nazwę portugalskiemu żeglarzowi Tristão da Cunha, który pierwszy ją dostrzegł, choć prawdopodobnie na niej nie wylądował.
Archipelag Tristan da Cunha składa się z czterech większych wysp i kilku bardzo małych, jednak zamieszkana jest tylko jedna – o tej samej nazwie co cały archipelag. Leży niemal na środku Atlantyku, mniej więcej na szerokości geograficznej południowych krańców Afryki. Wyspy mają pochodzenie wulkaniczne i są wierzchołkami gigantycznych wulkanów wznoszących się z dna oceanu.
Gough Island
Płynąc od południa, osiągnęliśmy pierwszą wyspę – Gough; nazwę na swoją cześć nadał jej brytyjski kapitan właśnie o tym nazwisku. Jedynymi ludźmi są tutaj obecnie pracownicy południowoafrykańskiej stacji biologiczno-meteorologicznej.
Korzystając z dobrej pogody, do wyspy zbliżyliśmy się na zodiakach, specjalnych pontonach, i mogliśmy ją obserwować z bliska, bez możliwości lądowania, gdyż jest to ścisły rezerwat przyrody. Zielona i piękna wyspa przypomniała mi Markizy, choć oczywiście nie ten klimat i nie ta roślinność. Już z daleka usłyszeliśmy pokrzykiwania fok. Tutejszy gatunek nosi oficjalną polską nazwę kotik subantarktyczny. Foka ta ma różnobarwne futro, które nie było cenne dla myśliwych, dzięki czemu gatunek uniknął zagłady. Foki te mają bardzo urozmaiconą dietę – żywią się nie tylko rybami, ale też mątwami, innymi głowonogami, a nawet małymi pingwinami.
Wyspa jest pełna ptaków – pięknych pingwinów skalnych z żółtymi czubami oraz gniazdujących tu albatrosów.
Ptaki są jednak bardzo zagrożone, gdyż Gough Island penetrują myszy domowe przywleczone dawniej przez żeglarzy. Pomimo dużych wysiłków i zrzucania trucizn nie udało się wytępić gryzoni, które atakują pisklęta i wyjadają jaja. Ewolucja tych myszy nastąpiła bardzo szybko – w warunkach tutaj panujących osiągnęły rozmiary nawet trzykrotnie większe od znanej nam myszy domowej. Stały się też bardzo agresywne i potrafią stadem zaatakować i zagryźć nawet młodego albatrosa. Praktycznie powstał tu nowy gatunek myszy, który ktoś określił, jako „myszy, które mogą zjeść kota”.
Nightingale Island
Płynąc kolejne 350 km na północ, dotarliśmy do pozostałych wysp archipelagu, które leżą blisko siebie. Najpierw była to wyspa Nightingale, na której udało nam się wylądować.
Przywitały nas znane już foki subantarktyczne, które zupełnie nie boją się tu ludzi. Na stromym klifie rozpięte są liny, które ułatwiły nam wdrapanie się na górę. Piękne wnętrze zajmują tereny pokryte wysokimi trawami, a także nielicznymi drzewkami. Idąc, co chwilę musieliśmy omijać albatrosy, które gniazdują często na środku ścieżki. Gdy przechodziłem obok nich, klekotały dziobami, a jeden nawet mnie dziabnął w nogę.
Stromą ścieżką szliśmy pod górę. Albatrosów było coraz więcej i już trudno nawet było je omijać. Doszliśmy do pięknego punktu widokowego, niemal 300 metrów nad powierzchnią oceanu.
Wyżej wysokie trawy ustąpiły, najwyraźniej jednak albatrosom to nie przeszkadzało, tam również wiele ptaków siedziało na gniazdach. Byliśmy w okresie, gdy pisklaki były wyrośnięte, a ich dzioby jeszcze nie nabrały charakterystycznego dla tego gatunku żółtego koloru. Na wyspie gniazduje kilka tysięcy par albatrosów żółtodziobych – znajdują idealne miejsca lęgowe w wysokich trawach i innych miejscach wyspy.
Wyspa to ważna ostoja i miejsce lęgowe wielu innych gatunków ptaków. Najwięcej jest pięknych pingwinów skalnych; niektórzy uważają je za odrębny gatunek i określają jako pingwiny skalne północne. Ich liczba szacowana jest nawet na ponad sto tysięcy par.
Widziałem też endemicznego drozda tristanowskiego, który również nie odczuwał strachu przed człowiekiem. Ptak ten jest „pół nielotem”, tzn głównie biega i czasami tylko podlatuje na bardzo krótkie odległości.
Wyspa jest również bezludna, jednakże mieszkańcy Tristan da Cunha wybudowali tu kilkanaście domków, które służą im podczas wypraw rybackich. Mieszkańcy z Tristan uciekli na tę wyspę podczas wybuchu wulkanu w 1961 roku – to niezwykle ciekawa historia, do której wrócę w kolejnej części bloga. Nightingale była i jest celem wyjazdów wakacyjnych mieszkańców Tristan. Widziałem stary, czarno-biały film dokumentalny z lat sześćdziesiątych jak takie wakacje wyglądały. Do odkrytych wiosłowych łodzi pakowano jedzenie, samo wejście na zalewaną falami łódź było wyzwaniem. Elegancko ubrane kobiety z torebeczkami na ramionach musiały zamoczyć się do pasa w lodowatej wodzie, by dostać się do szalupy. Na te wakacje jeździły całe rodziny, nawet z małymi dziećmi. Następnie urlopowiczów czekała przeprawa wiosłową łodzią przez ocean. Często na skutek sztormu, wakacje przedłużały się. No ale gdzie mieli wyjeżdżać? Nightingale była i jest jedynym kierunkiem wakacyjnym, choć dziś Tristańczycy mają już łodzie motorowe.
W 2011 roku statek handlowy płynący z Brazylii wpadł na skały tuż obok Nightingale Island. Załoga się uratowała i została podjęta przez mieszkańców Tristan da Cunha. Do morza dostało się jednak 1500 ton ropy oraz 60 tysięcy ton przewożonej soi. Soja spowodowała ogromny rozrost wodorostów, których są tu całe podwodne lasy. Niestety ropa doprowadziła do katastrofy ekologicznej. Mieszkańcy Tristan wraz z ocalałymi marynarzami postanowili zadziałać. Dziesiątki ochotników przybyły, by wyławiać umazane ropą pingwiny, przewozić je na Tristan i myć w słodkiej wodzie w tutejszym basenie. Następnie łowiono ryby i karmiono nimi ptaki – początkowo zużywano na to około 600 kg ryb dziennie. Pomimo tych wysiłków z czterech tysięcy przewiezionych pingwinów przeżyło zaledwie 400. Ta historia wzruszyła mnie szczególnie. Społeczność Tristan ruszyła na pomoc małymi łódkami przez ocean, by ratować pingwiny. Zaniedbali swoje trudnie obowiązki, wiele dni łowili ryby dla pingwinów, zamiast dla siebie, przerwali połów homarów, z których żyją. Co to za ludzie, co to za społeczeństwo!
Leżący na dnie, przełamany na pół statek MS Oliva jest dziś wielką atrakcją dla profesjonalnych nurków.
Inaccessible Island
Jak sama nazwa wskazuje (Wyspa Niedostępna), oglądaliśmy ją wyłącznie z zodiaków. Została tak nazwana przez żeglarzy, którzy nie mogli na niej wylądować.
Na Inaccessible Island podejmowano próby osadnictwa. Nasz przewodnik wspominał o niemieckich braciach Stoltenhoff, którzy w 1871 roku się tu osiedlili, ale po dwóch latach poddali się i opuścili wyspę. Ich imię nosi dziś jedna z małych, skalistych wysepek archipelagu.
Na tej wyspie również dostrzegliśmy mnóstwo fok i duże kolonie pingwinów skalnych.
Wyspę strzegą potężne, nawet kilkusetmetrowe klify, jednak na jej północno-wschodnim krańcu zauważyliśmy dogodne miejsce do lądowania i nieco płaskiego terenu. Wybudowano też tam domek ratunkowy mający służyć rybakom jako awaryjne schronienie w przypadku załamania pogody i konieczności jej przeczekania.
Po zobaczeniu trzech wysp archipelagu nasz ekspedycyjny – choć muszę przyznać, niezwykle luksusowy statek skierował się ku wyspie Tristan da Cunha. Prognozy pogody były dobre, a moje emocje sięgnęły zenitu, gdy pojawiła się całkiem realna szansa znalezienia się w najbardziej odizolowanej miejscowości na świecie. O tym można przeczytać w następnym odcinku: Odcinek 2
















