Nanga Parbat, jak dość do bazy?

W końcu zdołałem spełnić jedno ze swoich podróżniczych marzeń i dojść do bazy pod Nanga Parbat, najbardziej wysuniętego na zachód ośmiotysięcznika w Himalajach. Nie jest to takie skomplikowane ani trudne. Eskapada zajmuje zaledwie trzy dni licząc od miejscowości Chilas położonej na Karakoram Highway. Nanga Parbat Base Camp jest zatem osiągalna w o wiele krótszym czasie niż bazy pod innymi ośmiotysięcznikami. Jeżeli macie podobne marzenia, to nie czekajcie z ich spełnieniem! Możecie nie zdążyć, nie żebym was straszył, ale…

Nanga Parbat. Fot. Jacek Torbicz.

Zabójcza Góra, czy Naga Góra?

Nanga Parbat ma przydomek zabójczej góry, choć jej wywodzącą się z sanskrytu nazwę tłumaczy się jako „Naga Góra”. Pierwszą ofiarą był Brytyjczyk Albert F. Mummery. Zginął wraz z dwoma innymi osobami w roku 1895 podczas pierwszej próby zdobycia szczytu. Do tej pory zginęło tutaj 85 wspinaczy. Wszyscy śledziliśmy akcję Denisa Urubki i Adama Bieleckiego, którzy uratowali Elisabeth Revol, ale nie mogli już pomóc Tomaszowi Mackiewiczowi.
Nanga Parbat zwana jest też „niemiecką górą”. Nasi zachodni sąsiedzi próbowali zdobywać ją wielokrotnie, ponosząc wiele ofiar w latach trzydziestych. Najbliżej zatknięcia hitlerowskiej flagi na szczycie był Willy Merkl, który zginął w 1934 roku. W końcu szczyt zdobył samotnie Austriak Hermann Buhl, uczestnik wyprawy niemiecko — austriackiej z 1953 roku.
Pomimo piętnastu polskich prób pierwszego wejścia zimowego, nie do nas należy ten zaszczyt. Nangę zimą zdobyła trójka wspinaczy – Pakistańczyk Ali Sadpara, Włoch Simone Moro i Bask Alex Txikon. Sadpara zginął niestety podczas próby zimowego wejścia na K2 w lutym 2021 roku. Miesiąc po udanym nepalskim zdobyciu szczytu.

Ali Sadpara (Muhammad Ali). Źródło: wspinanie.pl

Przydomek „zabójcza góra” nabrał innego znaczenia w 2013 roku. Do bazy pod Nanga Parbat, ale nie tej naszej, tylko Diamir od strony wschodniej, weszło szesnastu zamachowców ubranych w mundury pakistańskich służb. Doszło do rzezi himalaistów w bazie leżącej na ponad 4 tysięcy metrów. Zginęło dziesięciu cudzoziemców i pakistański kucharz, gdyż był szyitem. Jeden chiński himalaista, były wojskowy, zdołał zbiec tuż przed wykonaniem egzekucji. Polacy przebywali na swoje szczęście w obozach powyżej bazy. Ukraińcy, Słowacy i inni nie mieli takiego szczęścia.
Północna prowincja Pakistanu Gilgit – Baltistan od lat była spokojna. Był to pierwszy atak na Europejczyków od XIX wieku! Szokował fakt, że jak się później okazało, cała szesnastka zabójców wywodziła się z najbliższych okolic. Nie byli przyjezdnymi terrorystami.

Nanga Parbat, czyli najwyższa wysokość względna na świecie

Jeżeli przyjedziecie do Pakistanu na własną rękę, dojście do Nanga Parbat Base Camp łatwo załatwić w pobliskim Chilas lub stolicy prowincji Gilgit dokąd przylatują samoloty. Musimy mieć przewodnika, pozwolenie, a także zapłacić za przejazd jeepem odcinka, którym nie można poruszać się pieszo.
Nanga jest też niezwykłą górą pod innym względem. Jej szczyt wznosi się na wysokość 8126 m n.p.m. Dolina Indusu, która płynie u jej stóp leży na tysiącu metrów. Mamy więc do czynienia z najwyższą na świecie wysokością względną między doliną a górującym nad nią szczytem. Siedem kilometrów w pionie, to niewyobrażalny rekord Ziemi!

Masyw Nanga Parbat. Fot. Jacek Torbicz.

Trekking do Nanga Parbat Base Camp

No to idziemy pod Nanga Parbat! Szkoda, że nie na Nanga Parbat… Nasz pierwszy etap to droga jeepem. Półtorej godziny szalonej jazdy wertepami, nad przepaściami. Naprawdę trzęsie, trzeba mocno trzymać się uchwytów. Usiądźcie po lewej stronie, od strony przepaści i lepszych widoków. Szybko nabieramy wysokości i docieramy do końca drogi dla jeepów. Zielone, nawadniane ogrody, kamienne domy i wyłaniająca się północna ściana Nanga Parbat. Doprawdy wspaniałe położenie. Jesteśmy już na wysokości 2700 m n.p.m. Cały czas towarzyszy nam wojskowy z AK-47 przysłany przez antyterrorystyczny oddział z Gilgit. Zobaczcie filmik z tej jazdy bez trzymanki:

Dalej mamy dwie możliwości. Albo idziemy na własnych nogach do Fairy Meadows na wysokość 3300 m n.p.m., albo wsiadamy na konika prowadzonego za uzdę i bez większego wysiłku osiągamy następny etap. Droga nie przedstawia większych trudności. Wolno wznosząca się ścieżka odsłania coraz wspanialsze widoki. Jeśli koń przejdzie, to tym bardziej my i nie powinniśmy się obawiać. Na zdjęciu w tle widzicie łańcuch Karakorum, ale my jesteśmy wciąż w Himalajach.

Ścieżka do Fairy Meadows. Fot. Jacek Torbicz.

Fairy Meadows to otoczone lasami sosnowymi łąki i genialny widok na Nanga Parbat. Jest tu kilka możliwości noclegu, my wybraliśmy najlepszą z nich, domki z łazienkami. Wieczorem i rano opalanym drewnem piecykiem grzeje się wodę, mamy zatem nawet luksus w postaci gorącego prysznica.
Oświetlona słońcem ściana Nanga Parbat gaśnie i na Fairy Meadows robi się zimno. W końcu przydaje się przywieziona z Polski czapka i ciepła kurtka.

Nanga Parbat widziana z Fairy Meadows. Fot. Jacek Torbicz.

Następnego dnia warto wyjść wcześnie. Ja tego nie zrobiłem i nie miałem już czasu wyjść powyżej bazy pod Nanga, czego żałowałem.
Droga do Nanga Parbat Base Camp wspina się powoli i po krótkim czasie jesteśmy w pięknym punkcie widokowym na górę i lodowiec. W niecałe dwie godziny od Fairy Meadows dojdziemy do tzw. Bayol Camp. To właściwie zamieszkana tylko w ciągu lata wioska, gdzie wypasa się zwierzęta. Jej mieszkańcy w październiku schodzą w dół. Nie życzą sobie fotografowania i są dosyć powściągliwi.

Miejscowi chłopcy z Bayol Camp. Fot. Jacek Torbicz.

W licznie rozsianych domkach można wypić herbatę przy stoliczkach. Widok jest znakomity i warto tu dojść, nawet gdy nie chcecie iść do Base Camp. Pogodę mamy wciąż genialną, błękit nieba kontrastuje z bielą lodowców, mamy mnóstwo szczęścia. Teoretycznie możecie tu przyjechać i nawet nie zobaczyć skrywającej się w chmurach góry, czego nikomu nie życzę.

W końcu osiągamy fantastyczny punkt widokowy Eagle Nest na wysokości 3700 m n.p.m. Tu Nanga Parbat wydaje się już być na wyciągnięcie ręki. Sosny znikają i wchodzimy w strefę bezdrzewną.

Widok z Eagle Nest. Fot. Jacek Torbicz.

Moi znajomi zawracają, a ja idę dalej sam. Ścieżka jest znacznie trudniejsza, trawersuje dosyć strome stoki i schodzi do strumieni, które trzeba przekroczyć kładkami. Momentami idę po głazach, ale szlak jest dobrze widoczny. Idę sam, bez przewodnika, gdyż ten zawrócił z ludźmi. Następnie podchodzę ostro pod górę. Podejrzewam, że ten odcinek może być trudny, a nawet niebezpieczny do pokonania, gdy leży tu śnieg, czyli co najmniej do maja. Teraz, we wrześniu nie ma wielkich trudności, zwykła, dosyć stroma górska ścieżka. Na tej wysokości oddech mam płytki i słabe tempo. Ściana Nanga przybliża się wolno, zbyt wolno. Po stromym podejściu dochodzę w końcu do bazy na wysokości 3960 m n.p.m. Są tu kamienne domki, rozległe łąki i skałki. Baza jest pusta, nie ma ani jednej wyprawy, ani jednego trekkera, a domki zamknięte są na kłódki. Podobno, gdy jest więcej ludzi, w domkach ktoś przebywa i można napić się herbaty. Ja mam swój termos, smaku herbaty pitej u podnóża ściany Nanga Parbat nie zapomnę prędko. Moment wejścia zarejestrowałem na kamerce. W końcu, gdy w środowisku himalaistów wybuchnie dyskusja, czy Torbicz był w bazie, czy nie, warto mieć twardy dowód.

Baza leży na łąkach, niemal w idyllicznym miejscu. Lodowce i ściana ośmiotysięcznika zaczyna się sporo wyżej. Nie przypomina znanych mi ze zdjęć innych baz. Można powiedzieć, że to taka baza pięciogwiazdkowa. Żałuję, że jest późno i nie mogę podejść jeszcze wyżej, by przyjrzeć się kolosowi zupełnie z bliska. Moje rozmyślania przerywa grzmot lawiny, której jednak nie dostrzegam.

Północna ściana Nanga Parbat. Fot. Jacek Torbicz.

Droga powrotna nie sprawia żadnych trudności. Przed Bayol czeka na mnie nasz sympatyczny antyterrorysta z kałasznikowem, który odprowadza mnie do Fairy Meadows. Wracam już po zmroku, zmęczony dokuczliwym bólem kolana, ale zadowolony z wejścia do bazy ośmiotysięcznika. Marzenia się spełniły. Brawo ty!

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

3 KOMENTARZE

  1. Bardzo interesująca, niesamowita opowieść o górach, które jak Ty kocham, szanuję i podchodzę do nich z rozwagą i respektem. Czekam na kolejne ciekawe Twoje opowieści. Pozdrawiam !

  2. Wspaniale przyblizyles cos tak nieosiagalnego. Piekne zdjecia, i fajny opis dajacy wrazenie ze moze tam kazdy dotrzec. Dziekuje za to ze fantastycznie umiesz sie dzielic swoimi wyjatkowymi momentami i potrafisz nas tam „zabierac” na ulamek czasu.

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię