Dzisiaj zebrałem na swojej podkrakowskiej działce koszyk winogron, słaby urodzaj w tym roku. Trzymając sekator wróciłem myślą do winobrań we Francji, dzięki którym zarabiałem na pierwsze podróże. Stamtąd me myśli same powędrowały na Madagaskar, w którym przez jakiś czas byłem dosłownie zakochany. Miłość przeszła, ale pozostała sympatia i dobre stosunki. Czyż nie powinien tak kończyć się każdy związek? Właśnie o tym kraju zacznę kolejną opowieść i obiecuję, że na jednym wpisie się nie skończy.

Madagaskar zwiedzałem kilkukrotnie, ze znajomymi, rodziną, grupami. Byłem na południu, północy, wschodzie i zachodzie tej wielkiej wyspy. Pierwszy raz trafiłem tam w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy to była inna planeta, bez masowej turystyki, globalizacji, a przyroda nie była jeszcze aż tak zdewastowana. Ostatni raz byłem w tym lutym tego, kowidowego roku. O wirusie było już głośno, ale ja lekceważyłem sytuację, ba, nawet wyśmiewałem wirusa…

Na wyspie jest mnóstwo ciekawych miejsc, zjawisk i zwyczajów. By was zainteresować wspomnę o tym co widzieliśmy w roku 2011. Otóż byliśmy na targu bydła i kobiet, dosłownie tak miejsce to nazwali Malgasze. Tam można kupić dorodną krowę, ale też ładną żonę. Z góry przepraszam wszystkie oburzone kobiety i chcę wyraźnie zaznaczyć, że nie popieram pielęgnowania tego zwyczaju. Gdy się dowiedziałem, że taki targ właśnie jest w okolicy, w te pędy ruszyliśmy, aby go zobaczyć. Kałuże zagrodziły drogę naszemu busikowi, ale nie zrażeni dalej poruszaliśmy się po kolana w wodzie na piechotę. Gdy doszliśmy, targ już się kończył. Do sprzedania zostało jednak jeszcze sporo bydła i dwie kobiety. Kobietę na sprzedaż widzicie ubraną w specjalny na ten dzień biały strój.

Ta prawdziwa opowieść ni z gruszki, ni z pietruszki służyła wyłącznie po to, aby was przytrzymać dalej przy ekranie.

Oczywiście prędzej, czy później musi paść słowo „lemur”, więc miejmy to już za sobą. Każdy na Madagaskarze powinien zobaczyć lemury – są w rezerwatach, czasem przy domach na wpół oswojone lub na uwięzi. Są rzeczywiście urocze. Ale lemur lemurowi nierówny, są ich dziesiątki gatunków (panują ogromne rozbieżności wśród systematyków ile ich jest).  Najmniejszy to lemurek myszaty ważący 50g oraz odkryty dopiero w 2005 roku (!) mikrusek kasztanowaty o wadze 45 g. Z kolei największy, indri, to prawdziwy grubas i ma kilogramów dziesięć. Według niektórych indri nie jest lemurem, ale nie wchodźmy w zawiłości systematyki. Dla mnie jest i już.

Indri widziałem z Parku Narodowym Perinet (Andasibe-Mantadia). Aktywne są o świcie, wtedy po lesie niesie się jego wycie przypominające odgłosy wilkołaków z horrorów. „Lemurum” to po łacinie duchy i już wiecie skąd taka nazwa. Trudno zrobić zdjęcie indri, zwykle żyje wysoko w koronach drzew, a jednak mi się udało. Te zdjęcia pochodzą z epoki przedcyfrowej.

No to zaserwuję jeszcze jednego lemura, zwierzątka sfotografowałem w tym roku, jest to lemur mokok. Samice lemura są brązowe, a samce czarne, taka różnica to rzadkość w świecie przyrody.

Lemury te podchodziły do nas bardzo blisko, były przyzwyczajone do ludzi i dokarmiane. Jeśli chcecie mu się przyjrzeć bliżej, wygląda on tak:

Madagaskar to ojczyzna kameleonów, ale o nich już nie będę pisać. Jak wiecie zasłaniam na blogu twarze towarzyszom podróży, ale robiąca zdjęcie Ewa sama się zasłoniła, co akurat pasuje mi idealnie.

Pewne książki są niebezpieczne, człowiekowi po przeczytaniu zmienia się życie, a czasem popada w obsesję. Może ktoś z was czytał „Gorącą wieś Ambinanitelo” Arkadego Fiedlera? Po jej przeczytaniu wiedziałem, że muszę zobaczyć Madagaskar i wieś na własne oczy. Fiedler nie wybrał Ambinanitelo przypadkowo, w tym bowiem rejonie działał w XVIII wieku Maurycy Beniowski, tu miał swoją „stolicę”, tu zginął w potyczce z Francuzami.

Ale ja nie tylko chciałem być w Ambinanitelo, chciałem na Madagaskarze znaleźć grób Maurycego Beniowskiego. Nie udało mi się to do dzisiaj.

Zanim ruszymy w podróż, muszę powiedzieć kilka słów o moich bohaterach.

Życie Maurycego Beniowskiego zasługuje na całe tomy opracowań i długi serial, ale limit, który sobie tu określam to dziewięć zdań. Z pochodzenia był Węgrem, ale w młodości związał się z Rzeczpospolitą. Ślub wziął koło Krakowa, ponoć brał udział w walkach po stronie Konfederacji Barskiej i później podawał się już za Polaka. Potem było zesłanie do Rosji, ucieczka i kolejne zesłanie aż na Kamczatkę, XVIII wieczny prawdziwy koniec świata. Spektakularna ucieczka porwanym statkiem na Daleki Wschód do dziś kryje wiele tajemnic i sam James Cook płynący przez te wody znacznie później, nie krył podziwu dla Beniowskiego. Gdy w końcu na francuskim statku wracał już do Europy, sława wyprzedziła jego samego. Do Francji przybył w nimbie bohatera i trafił na dwór królewski. Podczas powrotnej podróży brzemienny w skutki był postój na Ile de France, czyli współczesnym Mauritiusie. Tam usłyszał o Madagaskarze i wyspa ta stała się jego obsesją i celem życia. Wkrótce dopiął swego, rozpoczął swego rodzaju kolonizację, najpierw pod patronatem Francji, a potem na własną rękę. Po wielu przygodach, wzlotach i upadkach jego niezwykłe życie zakończyła kula wystrzelona przez francuskiego kapitana. A jeśli chcecie wiedzieć o Beniowskim nieco więcej, możecie klikną tutaj na mój stary tekst: https://podroze.onet.pl/ciekawe/beniowskiego-droga-do-slawy/cbbwg6n

Moje wpisy nie mogą być zbyt długie, byście mogli je przeczytać przy jednej kawie, dlatego o Arkadym Fiedlerze już tylko osiem zdań. Wielkopolski podróżnik przebywał na Madagaskarze w latach 1937-1938. W Ambinanitelo lokalna społeczność przydzieliła mu żony – były to siostry. W „Gorącej wsi…” nie znajdziecie tego faktu, autor zmuszony był do ocenzurowania swoich przeżyć. W życiorysie Fiedlera wzruszało mnie to, co stało się w roku 1939. Przebywał wtedy w raju, czyli na Tahiti. Gdy dowiedział się o wybuchu wojny, bez wahania zrobił wszystko, by dostać się do Europy, chciał walczyć. Był osamotniony w kierunku swojej podróży, Francuzi tłumnie podróżowali w odwrotnym kierunku, a on porzucił raj bez wahania. „Madagaskar, okrutny czarodziej”, „Dywizjon 303”, „Kobiety mej młodości”… sięgnijcie kiedyś po jedną z jego książek. Na zdjęciu autor na okładce jeszcze innej.

Do Ambinanitelo ruszamy z Antananarywy. Na przestrzeni lat stolica zmieniła się na gorsze. Z miasta biednego, ale przyjaznego, jakim była w latach dziewięćdziesiątych, Tana stała się bandycka. Oczywiście pierwsze moje kroki skierowałem na ulicę… no domyślacie się oczywiście jaką. Podoba mi się francuskie określenie jego postaci.

Nad miastem góruje pałac okrutnej XIX wiecznej królowej Madagaskaru, a jej imię to Ranavalona I. Gdy byłem pierwszy raz w Tanie, pałac był tylko szkieletem, gdyż całe wnętrze spaliło się wcześniej.

Ranavalona wywodziła się z plemienia Merina, które zajmuje centralną części wyspy i od wieków rządzi krajem. Królowa nazywana jest „okrutną”. Ma na swoim koncie mnóstwo wydanych wyroków śmierci, prześladowań rodziny, innych plemion i chrześcijan. Często przytacza się straszne historie – chrześcijanie wisieli na sznurach na skale pod jej pałacem i byli odcinani jeden po drugim, nie chcąc wyrzec się wiary. Ponoć okrutna była.

A jednak Ranavalona I przez długie lata rządów oparła się kolonizacyjnym zakusom brytyjskim i obroniła niepodległość przed Francuzami. Moja teoria jest zupełnie inna – szczególnie okrutną zrobili ją Brytyjczycy i Francuzi, robili jej zły PR, jak byśmy dziś powiedzieli. To z wściekłości, że nie udało im się podporządkować Madagaskaru. O okrucieństwach francuskich i brytyjskich w swych koloniach, strasznym handlu niewolnikami, można pisać całe tomy. A wciąż jeden z nich to gentleman, a drugi monsieur i jakoś cicho o ich okrucieństwach. Ranavalona I rządziła aż 33 lata do samej śmierci. Zmarła w swoim łóżku z przyczyn naturalnych w podeszłym wieku. To rzadkość pośród władców Madagaskaru.

W końcu ruszyliśmy dwoma samochodami terenowymi w kierunku wsi Ambinanitelo. Droga miała nam zająć aż pięć dni. Rozpoczęła się prawdziwa przygoda. Ale do Ambinanitelo dojedziemy następnym razem.

 

8 KOMENTARZE

  1. O! Bardzo jestem ciekawa ciągu dalszego, bo w Twojej wyprawie do Ambinanitello też brałam udział. Z przyjemnością czytam wszystkie rozdziały tego bloga. I czekam na kolejne.

  2. Bardzo ładny i ciekawy tekst. Wiem o Twojej fascynacji Madagaskarem i Beniowskim od 20+ lat. Choć do dziś nie znałem szczegółów.

    Pamiętasz naszą – bardziej Twoją rozmowę z Kaczmarskim, by napisał choć piosenkę o Beniowskim? (Choć padło coś o całym programie!) Kontaktował się z Tobą w tej sprawie? Bo to, że nie napisał, to chyba wiem…
    Swoją drogą, chyba sprawiliśmy mu przyjemność, wspominając, w jakich krajach świata śpiewaliśmy jego piosenki. A był to bodaj 1999 rok. Dorian (link) Ty miałeś najlepszy kontakt – pamiętasz?

    • Dzięki za ocenę tekstu. Kaczmarski niestety nie zdążył napisać. Bogdan, może Tobie się uda? Na FB pytałeś o ślub Beniowskiego. Według jednego historyka ożenił się koło Krakowa we wsi Wielkanoc, gdzie był kościół luterański. Jego żona, Anna Zuzanna, pochodziła ze Spiskiej Soboty.

  3. ciekawe! co prawda ktoś mówił, że Okrutna nie umarła śmiercią naturalną, przyczynił się do tego jej syn (?) ale kto tam wie. Bardzo wspominam moje dwa pobyty, coś tam zwiedziłam, a znajomość francuskiego bardzo mi pomogła. Też uczestniczyć w famadihanach. Ubóstwiam tradycje – nawet takie! Pozdrawiam Grazyna (www.podrozemojapasja.com)

  4. Od ponad 24 lat razem z Marylą mieliśmy wiele okazji słuchać Twoich opowieści. Zawsze opowiadałeś bardzo ciekawie i barwnie. Również bardzo ciekawie zaczęła się Twoja opowieść o Madagaskarze, na którym byliśmy razem w lutym tego roku. Z przyjemnością przeczytałem Twój „stary tekst”. Jakiś czas temu, marząc o zwiedzeniu Madagaskaru zacząłem czytać książkę o tej wyspie (autora nie pamiętam), ale mnie znudziła. Być może teraz będzie mi łatwiej ją dokończyć. Natomiast chętnie sięgnę po wspomniane przez Ciebie książki o Madagaskarze Arkadego Fidlera, którego zawsze lubiłem czytać. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię