Afganistan — fascynacja, irytacja

Przez ostatnie tygodnie moje myśli pochłonął Afganistan. Zaledwie kilka tygodni temu byłem na zwykłej wycieczce tuż obok Afganistanu, na samej jego granicy w tadżyckim Badachszanie. Gołym okiem widzieliśmy już posterunki Talibów po drugiej stronie rzeki Pandż. Ich bojownicy zajmowali granice przygotowując się do ofensywy. Wiedziałem, że stworzone przez USA państwo afgańskie to wydmuszka lub domek z kart. Jednak nie spodziewałem się, że ich domek zawali się tak błyskawicznie, zanim Amerykanie opuszczą Afganistan. Zafascynowany rozwojem sytuacji oglądałem relacje na żywo telewizji Al Jazeera. Dym z płonących dokumentów w ambasadzie USA, wkroczenie brodatych i bardzo opanowanych Talibów do gabinetu prezydenta Ghaniego… Co za obrazy! Dzięki telewizji z Kataru i ich znakomitym korespondentom można było dużo zobaczyć.

Potem były wstrząsające ujęcia czepiających się startującego samolotu afgańskich sojuszników USA próbujących uciec od Talibów. I był pilot amerykański, który pomimo tłumu wokół samolotu zdecydował się na start, powodując śmierć Afgańczyków. Zdjęcia spadających na betonową płytę lotniska przyjaciół Ameryki staną się ikoną i symbolem fatalnego stylu zakończenia misji „budowania demokracji” w Afganistanie.

Słuchałem z uwagą i irytacją całego wystąpienia prezydenta Bidena, który postanowił w końcu wyjść z basenu i odezwać się publicznie. Według niego wszystko jest niemal ok, tak miało być i on bierze wszystko na siebie. Zupełnie nie chodziło o zbudowanie innego Afganistanu tylko o Bin Ladena, który nawiasem mówiąc ukrywał się w Pakistanie! Czyli po co byliśmy tam dwadzieścia lat, czemu służyło poświęcenie i śmiertelne ofiary naszych żołnierzy, po jakiego czorta wydaliśmy miliardy dolarów? My, jako NATO i Polska.

Polski żołnierz przed bazą Bagram. Fot. Jacek Torbicz

Moja teza jest taka, że na nieszczęście dla całkiem licznych liberalnych Afgańczyków i Afganek władza Talibów umocni się na długie lata. Niestety liberalni Afgańczycy żyją właściwie tylko w kilku dużych miastach. Większość mieszkańców kraju popiera Talibów i będzie ich popierała. Ludzie chcą bezpieczeństwa i mają dosyć obcych, którzy wtrącają się w ich sprawy. Pamiętajmy, że Talibowie to też prawdziwi Afgańczycy, a nie jacyś kosmici z zewnątrz. Ich ruch powstał koło Kandaharu na rdzennych, pusztuńskich ziemiach. Są być może bardziej afgańscy od tych służących upadłemu państwu. Miejmy nadzieję, że wycofają się z najbardziej opresyjnych działań i dadzą ludziom żyć. Będą nie do pokonania przez najbliższe lata i jedyne co zostaje, to nadzieja na ich ewolucję.

Przypuszczam, że kraj będzie dążył obyczajowo w stronę modelu znanego nam z Arabii Saudyjskiej, w końcu ważnego sojusznika USA. Amerykanie zatem nie będą mieli trudności z zaakceptowanie ich rządów, choć najpierw zrobią to Chiny i Rosja. Sądzę też, że wycieczki do Afganistanu będą prędzej czy później możliwe i bezpieczne, nawiązując do mojej aktywności biznesowej.

Opisałem kiedyś jeden dzień z mojej podróży po Afganistanie. Byłem tam w czasach, gdy Talibowie kontrolowali ułamek powierzchni kraju, siedem lat po tym, gdy renomowany tygodnik „Time” ogłosił już ich koniec na swojej okładce zatytułowanej „The last days of the Taliban”. Poniżej możecie przeczytać ten reportaż z jednego tylko dnia.

Jeden dzień z podróży po Afganistanie

Będąc w Kabulu, odłączyłem się od znajomych dziennikarzy i podróżowałem samotnie po tym fascynującym kraju. Jednym z celów był Dżalalabad, strategiczna twierdza strzegąca drogi do Pakistanu. W tym rejonie znajdują się słynne podziemne twierdze Tora Bora, gdzie do inwazji amerykańskiej przebywał Osama bin Laden.

Przed wyjazdem

Przed wyjazdem poszedłem na bazar, by kupić dobrej jakości materiał na szalwar kamiz, typowy afgański strój składający z długiej koszuli i bardzo szerokich spodni, przypominających z daleka spódnicę. Materiał zaniosłem do krawca, który w dwa dni uszył mi znakomite odzienie. Całości dopełniała „arafatka” i wojskowa kamizelka, którą nosi wiele Afgańczyków ze względu na wygodę i mnogość kieszeni. Od dwóch tygodni nie goliłem się i znakomicie wtopiłem się w tłum. Dopóki nie odzywałem się, żaden Afgańczyk nie rozpoznawał we mnie Europejczyka. Sprzyjającą okolicznością są różne typy urody. Jak wiadomo, w Afganistanie są narody, wśród których jasne włosy i niebieskie oczy nie są rzadkością. W dodatku nikogo nie dziwi nieznajomość języka, gdyż używa się ich wiele. Byłem zaopatrzony w mini rozmówki dari i pasztu oraz w znajomość kilku podstawowych słów.

Sklep z materiałami w Kabulu. Fot. Jacek Torbicz.

Znalezienie miejsca skąd odjeżdżają mikrobusy z Kabulu do Dżalalabadu nie było trudne, dowiozła mnie tam taksówka. Bez problemu znalazłem właściwy mikrobus, gdyż naganiacze krzyczeli na cały głos: „Dżalalabad, Dżalalabad”. Wsiadłem bez słowa, nie wzbudzając żadnej sensacji. Pojazd był już prawie pełny, a dokładniej przepełniony i wkrótce ruszyliśmy. W mikrobusie byli sami mężczyźni. Choć cofnięto obowiązujący za czasów Talibów zakaz podróżowania kobiet bez męża, nie widziałem ani jednej podróżującej kobiety, nawet z mężem. Mężczyzna zbierający opłaty za przejazd wziął mnie za Afgańczyka.

Droga do Dżalalabadu

Wyjeżdżając na wschód z Kabulu, mijałem  ogromne bazy okupacyjnych wojsk ISAF. Na rogatkach miasta pojazdy były kontrolowane przez uzbrojonych po zęby Niemców, dziwne wrażenie robiły niemieckie oznaczenia na pojazdach pancernych w takim miejscu. Żołnierz ogarnął wzrokiem pasażerów, nie zatrzymując się na mnie. Znaczyło to, że wyglądałem na idealnego Afgańczyka, choć sam nie wiem jakiej narodowości. Mój kamuflaż działał doskonale.

Była słoneczna pogoda, wstawał piękny czerwcowy dzień. Kabul leży na stosunkowo dużej wysokości i upały tu zbytnio nie dokuczają. Wkrótce jednak zaczęliśmy zjeżdżać w dół nieprawdopodobnym kanionem rzeki Kabul. Wykuta w skale droga wiła się serpentynami i przebijała tunelami przez góry o monstrualnej wielkości. W przepaściach od czasu do czasu było widać wraki rosyjskich czołgów, transporterów i dział. Niżej napotykaliśmy ruiny domów. To więc była ta słynna droga do Dżalalabadu, na której Rosjanie ponosili ciężkie straty, próbując utrzymać komunikację z ważnym dla nich miastem. Wyobraziłem sobie, jak straszliwe sceny musiały się tu rozgrywać.

Droga do Dżalalabadu. Fot. Jacek Torbicz.

Wtedy nie wiedziałem, że premier Afganistanu przed drugą wojną światową zlecił projekt i budowę tej drogi polskim inżynierom z Mieczysławem Okęckim i Franciszkiem Wichrzyckim na czele. Pracowało tu aż dwadzieścia tysięcy robotników, a droga do dziś jest chyba najznakomitszym polskim przedsięwzięciem drogowym na świecie. Była to piękna karta współpracy Królestwa Afganistanu i II RP.

Ujawnienie

Jazda była bardzo wolna, gdyż na drodze nie było asfaltu. Jak się potem okazało, aby pokonać stosunkowo krótki odcinek do Dżalalabadu, mikrobus potrzebuje aż siedmiu godzin. Po zjeździe na dno kanionu kierowca zatrzymał pojazd przy potoku. Wszyscy wysiedli, rozłożyli swoje dywaniki, obrócili się w stronę Mekki i zaczęli modlitwę. Zawsze w takich chwilach zastanawiam się, skąd muzułmanie znają odpowiedni kierunek. Byliśmy na dnie kanionu, słońce świeciło z góry, czyżby któryś z nich miał kompas? A może po prostu znali to miejsce? Odszedłem dyskretnie za załamanie skalne, jednak kierowca to zauważył i jak zrozumiałem, głośnym głosem i gestykulacją pokazywał mi, gdzie mam się modlić. Ja jednak nie miałem zamiaru tego robić. Wtedy wyszło na jaw, że jestem przebranym cudzoziemcem, co wzbudziło sensację. Wkrótce zatrzymał się inny minibus i wrzawa wokół mojej osoby nie ustępowała. Tłumaczyłem, że jestem chrześcijaninem, myśląc, że nie po to moi przodkowie walczyli pod Chocimiem, bym teraz do tego się nie przyznawał i oddawał pokłony Allachowi. Jeden z nich chciał koniecznie, bym powtórzył wyznanie wiary po arabsku, powtarzał w kółko „nie ma boga prócz Allacha…”. Gdy postawiłem na swoim i nie przyjąłem islamu, jakiś Pasztun z bardzo długą brodą podszedł do mnie i śmiejąc się, uścisnął mi rękę, krzycząc kilkukrotnie „Allach Akhbar”. Nie potrafiłem zinterpretować jego intencji i radości na twarzy.

Droga do Dżalalabadu. Fot. Jacek Torbicz.

Podobną przygodę „ujawnienia” przeżywałem jeszcze wiele razy. Na przykład w mikrobusie w drodze powrotnej, gdy wyciągnąłem aparat fotograficzny. Wtedy dość namolnie wszyscy chcieli ode mnie moją obrączkę, zamiany na zegarki i wpadali na inne tego typu pomysły. Naśmiewano się ze mnie, szydzono, ale nie rozumiałem ani słowa. Odpowiadałem żartami i głupimi minami. Gdy w kółko zadawali mi w pasztu jakieś pytanie. Ja dla odmiany mówiłem im jakieś głupoty po polsku, że mają ładne brody. Kiedy już miałem trochę dosyć tej zabawy, zostaliśmy skontrolowani przez posterunek żołnierzy niemieckich. Atmosfera przygasła i na szczęście zapomniano o mnie. Pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu ucieszyłem się wtedy na widok żołnierza niemieckiego.

Po dwóch godzinach jazdy od postoju na modlitwę zatrzymaliśmy się na herbatę i posiłek. Traktowano mnie już normalnie. Nie tylko nieuczestniczenie w modlitwie zdradza turystów. Afgańczycy załatwiają swoje najprostsze potrzeby fizjologiczne na kucąco, nie tak, jak mężczyźni u nas. Ich luźne szaty osłaniają ich znakomicie. Robiąc to inaczej, wywoływałem zdziwienie. Przypominam też sobie związane z tym sytuacje, gdy potrzeby takie trzeba było załatwiać przy wszystkich wprost na drodze, gdyż pobocza mogły być zaminowane.

Znaki odminowania na ruinach domów. Fot. Jacek Torbicz.

Miny to prawdziwa zmora Afganistanu. Zakładali je Rosjanie, a potem różne armie podczas wojny domowej. Obecnie tereny odminowane znaczy się białą farbą, a w miejscach, szczególnie niebezpiecznych, gdzie miny występują na pewno, kamienie, ruiny lub drzewa znaczy się farbą czerwoną. Największym barbarzyństwem Rosjan było rozrzucanie min przeznaczonych dla dzieci – w formie zabawek, długopisów, czy atrakcyjnych przedmiotów. Tysiące afgańskich dzieci straciło w ten sposób rączki, nóżki lub życie. Zbrodniarze podejmujący decyzję o takiej formie „walki” noszą dziś w Moskwie ordery, zamiast odbywać wyroki. Nigdy żaden międzynarodowy trybunał nie miał odwagi zająć się tą sprawą.

Dojazd do Dżalalabadu. Fot. Jacek Torbicz

Dżalalabad

Przed Dżalalabadem pojawiło się dużo osad pasztuńskich. Liczne były charakterystyczne domy, które były właściwie małymi czworobocznymi twierdzami z otworami strzelniczymi. Jak powszechnie wiadomo, niektóre rodziny są uzbrojone nie tylko w karabiny, ale i w działka. Mój dom jest moją twierdzą, to powinni mówić Pasztunowie, zamiast Anglików. Jak można podbić taki kraj?

Dom Pasztunów. Fot. Jacek Torbicz.

Ludzie zaczęli wysiadać i zrobiło się w końcu luźno. Jeden z Pasztunów, jak zrozumiałem, zapraszał mnie do domu na nocleg i namawiał, bym wysiadł z nim wcześniej. Dobrze mu patrzyło z oczu i wahałem się, czy tego nie zrobić. Zdecydowałem się jednak tym razem odmówić i pojechać do miasta. Po drugiej stronie rzeki zauważyłem ciekawe budowle i wydrążone skały. Jak się dowiedziałem, były to stare klasztory, w których talibowie zniszczyli buddyjskie malowidła. Do miasta wjeżdżało się obok starej fortecy przez ciemny tunel.

Dżalalabad przypomina miasta pakistańskie. Dużo tu motorowych riksz, ozdobnych, pakistańskich ciężarówek i małych autobusów, panuje rozgardiasz i gorączkowa atmosfera przygranicznego handlu. Co najśmieszniejsze, w Afganistanie obowiązuje ruch prawostronny, a niemal wszystkie auta mają kierownicę odwrotnie, niż u nas, gdyż są sprowadzane z Pakistanu, gdzie jest ruch lewostronny.

Zobaczyłem budynek z obdrapaną tabliczką „hotel”, lecz gdy ujrzałem pokój, wycofałem się. Choć ściemniało się już, panował żar nie do opisania. Chciałem za wszelką cenę znaleźć pokój z klimatyzacją. W końcu zauważyłem mniej obdrapaną tabliczkę i za całkiem przyzwoity pokój zapłaciłem równowartość dwudziestu dolarów.

Amanullah

Postanowiłem powłóczyć się po gwarnym centrum, sprzedawano tu całą masę towarów, trafiłem na ulicę, gdzie wisiały setki pięknych dywanów. Miałem wrażenie, że spotykają mnie raczej nieprzychylne spojrzenia. Gdy tak gapiłem się bezmyślnie na ten kolorowy świat z aparatem (demaskującym mnie) w ręku, podszedł do mnie ubrany na biało Pasztun. Zaproponował płynną angielszczyzną, że chętnie mi pomoże, gdyż widzi moje zagubienie. Byłem wtedy prawdopodobnie jedynym „niewiernym” w mieście. Po krótkiej rozmowie zorientowałem się, że mam przed sobą ciekawego i inteligentnego człowieka. Amanullah okazał się byłym mudżahedinem, przeciwnikiem Talibów i współpracownikiem nowej władzy, która właśnie organizowała wybory. Zaproponował mi, by usiąść w milszym miejscu i pogadać, na co z ochotą przystałem, bo jemu też dobrze patrzyło z oczu. Tym miłym miejscem okazał się jakiś dach, był to doskonały pomysł, gdyż upał był tu nieco mniejszy. Było już całkiem ciemno.

Spotkanie z Amanullahem.

Wraz z Amanullahem przyszło kilku jego kolegów, przez chwilę zapaliło mi się czerwone światełko, szybko jednak powrócił spokój. Koledzy milczeli, gdyż nie mówili słowa po angielsku. Opowiadał o swojej niebezpiecznej pracy polegającej na jeżdżeniu po wioskach i uświadamianiu ludzi, że powinni głosować i akceptować nowe państwo. Pod szatami pokazał mi pas z nabojami i broń. „Cały czas na mnie polują”, mówił, „dla niektórych jestem kolaborantem.” Na prowincji musiał poruszać się zawsze z silną ochroną. Amanullah zadziwiająco dużo wiedział o świecie, snuł opowieści o swojej pracy we francuskiej organizacji humanitarnej i o momencie przejęcia Dżalalabadu z rąk Talibów. Był komendantem pierwszego oddziału zajmującego miasto. Mój podziw dla niego osiągnął rozmiary Hindukuszu, gdy nagle zorganizował mi zimne piwo. Sam nie pił, ale widziałem jego radość wypływającą z mojej radości. Było mi tak dobrze, że dałem się poczęstować jakimś skrętem, choć normalnie nigdy nie palę. Gasnące światła Dżalalabadu widzianego z dachu i kopuła rozgwieżdżonego nieba dawały przedziwne uczucie szczęścia, pełni życia i związku z całą ludzkością, pomimo dzielących nas kultur i religii.

 

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię