Cudownie mieć kilka dni wolnego czasu w Grecji, nieco euro w kieszeni, pełny bak i towarzystwo, które podobnie jak ja nie lubi leżeć na plaży. Cudownie nie mieć planu i jechać tam gdzie oczy poniosą.

Meteory

Po zejściu z Olimpu (opis wejścia jest tutaj)  postanowiliśmy zobaczyć pobliskie Meteory. Dużo w życiu widziałem, ale formacje skalne i położone na nich klasztory umieszczam na mojej liście cudów świata. Pewnie większość z was tam była, ja cieszę się, że do podniebnych klasztorów trafiłem dopiero teraz. Na miejsce przyjechaliśmy po południu z zamiarem noclegu. Zachód słońca był magiczny, skały błyszczały czerwienią, a podniebne klasztory wydawały się niedostępne. Nic dziwnego, że nazwa grecka znaczy „unoszący się w powietrzu”, oczywiście to samo pochodzenie ma słowo „meteoryt”.

Jeżeli jeszcze jakimś cudem tu nie byliście, musicie to nadrobić, a nie ma lepszego okresu, niż teraz. Jest zupełnie pusto, widać pojedynczych turystów i nie spotkaliśmy żadnej grupy autokarowej. Koniecznie należy przenocować w tym magicznym miejscu. My wybraliśmy małą miejscowość Kastraki leżącą u podnóża skał. Noclegi – do wyboru do koloru, wszędzie wolne miejsca i tanio.

O zachodzie słońca zrobiliśmy sobie piknik na dachu naszego samochodu w takiej oto scenerii.

Następnego dnia zwiedziliśmy okolicę, okazało się, że klasztory są normalnie otwarte wbrew informacjom spotkanych w samolocie polskich turystów.

Piękny słoneczny dzień sprawił, że zamarzyliśmy o kąpieli w morzu i już po zobaczeniu drugiego klasztoru postanowiliśmy jak najszybciej pojechać w stronę Morza Jońskiego. Skusił nas opis pewnej wycieczki, że tamtejsza wyspa Leukada (Lefkada) to „Malediwy Grecji”. Znaleźliśmy na booking.com fajnie wyglądający hotel i ruszyliśmy w stronę wyspy.

Grecję przecinają wygodne i niemal puste autostrady. Są płatne, co jakiś czas trzeba zapłacić na bramkach, ale nie są to opłaty duże. Aby podróż była ciekawsza postanowiliśmy zjechać w boczną drogę i zobaczyć trochę „prawdziwej Grecji”, co było dobrą decyzją.

Szybko znaleźliśmy lokalną tawernę i zamówiliśmy zupę z kozy. Okazało się, że stanęliśmy blisko miejsca, gdzie w 1943 Niemcy (ci lepsi, z Wehrmachtu) spalili i wymordowali całą wioskę – 150 osób, głównie kobiety i dzieci. Wydarzenie to jest znane jako „masakra w Lyngiades”.

Lefkada (Leukada, Lefkas)

Przed dojazdem na wyspę Lefkada do której prowadzi grobla, widzieliśmy piękne flamingi.

Życie składa się z sukcesów i porażek. I właśnie taką porażką był hotel na Lefkadzie. Wprawdzie budynek wyglądał przyzwoicie, ale otoczenie przypominało sen wariata. Dookoła pustkowie, budowy, a plaża miała tyle wspólnego z Malediwami, co Kopiec Kościuszki z Himalajami. Tak wyglądały nasze „Malediwy”:

Oczywiście nie przejmowaliśmy się zbytnio i zaplanowaliśmy wieczór w pobliskim pięknym mieście Lefkada, mieliśmy tu być w końcu tylko jedną noc. W hotelu natknęliśmy się znowu na polską grupę, oni byli w innej sytuacji, spędzali tu cały tydzień swoich wymarzonych wakacji. Ale wyglądali na zadowolonych, może to my jesteśmy dziwni?

Lefkada obroniła się następnego dnia. Na południu wyspy zobaczyliśmy żeński klasztor,  świetne krajobrazy i malownicze plaże, które jednak są kamieniste i niezbyt dobre do kąpieli i spacerów. Tak wygląda słynna plaża Egremni z góry. Zejść na nią nie można, gdyż w 2015 roku trzęsienie ziemni zniszczyło schody do niej i jeszcze trwa ich odbudowa.

Ale przyznacie, że plaża Porto Katsiki przy której kąpaliśmy się wygląda też nieźle, jak widzicie tłumów nie było:

W końcu musieliśmy wrócić do Salonik, choć jeszcze przed odlotem udało nam się zajrzeć na pierwszy palec półwyspu Chalkidiki. Fajnie tam było, choć krótko, szkoda, ze trzeba już lecieć.

Saloniki „by night” to ogromne zaskoczenie. Życie nocne skupia się w dzielnicy Ladadika i jeśli ktoś lubi miejskie rozrywki, powinien właśnie tam znaleźć się w weekend wieczorem. My lubimy. Na ulicach pomimo pandemii tłumy (bez maseczek), mnóstwo knajpek, muzyki na żywo. No i uroda i wdzięk Greczynek sprawia, że nie można patrzeć na nie obojętnie.

Grecja od tej strony to dla nas spora niespodzianka. Ale tuż przed północą wszyscy goście są wyganiani z klubów, barów, stolików na placach i ulicach. Punkt dwunasta wszystko musi być zamknięte, a w mieście zaczyna się prohibicja – to pandemiczne absurdalne zarządzenie brutalnie przerywa wszystkim zabawę. Dziwny ten grecki wirus, do północy śpi, a zaraz potem jest już bardzo groźny.

Wyprawa Tytanów, jak Przemek ochrzcił naszą eskapadę, dobiegła końca.

O żeglowaniu na wodach Morza Jońskiego koło Lefkady przeczytajcie tutaj.

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

1 KOMENTARZ

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię