Jeżeli nie czytaliście pierwszej części mojej opowieści z Somalii, możecie zrobić to klikając tutaj. Zapraszam!

Podróż do tego ogarniętego konfliktami kraju jawi mi się po latach jako szereg obrazów i zdarzeń. Pomimo upływu  lat są one wyraźne, namacalne, zupełnie jakbym wrócił z Somalii kilka tygodni temu.

Mogadiszu. Fot. Jacek Torbicz.

Coca – cola w Mogadiszu

W poprzedniej części wspomniałem chaotyczne, smutnie biedne i częściowo zrujnowane Mogadiszu. Było tam jednak miejsce nieprzystające do niczego, a mianowicie fabryka koncernu Coca – Cola. Przypomina mi się podróżnicza książka o tytule „Tam gdzie nie ma coca-coli” o rzadko odwiedzanych miejscach. Tutaj, w całym Mogadiszu byliśmy wtedy jedynymi Europejczykami, a coca-cola jednak była. Chcą ją pić wszystkie strony konfliktu i są ludzie, których stać na taki luksus. W bezalkoholowym kraju ten napój pije się na szczególne okazje i podczas spotkań towarzyskich. Nie omieszkaliśmy odwiedzić tego miejsca, gdzie zostaliśmy dosyć łatwo wpuszczeni i chętnie oprowadzeni.

Fot. Jacek Torbicz.

Fabryki, a właściwie rozlewni strzeże prywatna, świetnie uzbrojona armia. Wpuszczono nas bez specjalnej kontroli, byliśmy taką niegroźną atrakcją i mogliśmy zwiedzić absurdalne w tamtych realiach miejsce. Pierwszym obrazkiem jaki pamiętam to człowiek wylewający butelka po butelce fantę do studzienki kanalizacyjnej. Kilkaset metrów stąd ludzie nie mogą zdobyć zwykłej wody, a tu dzieje się coś takiego? Szybko wyjaśnił się powód tego postępowania, była to wadliwa partia ze złymi proporcjami koncentratu. Procedury koncernu musiały ściśle obowiązywać nawet tutaj…

Fot. Krzysztof Rzepecki.

Mosiężna tabliczka informowała, że zakład powstał w 2004 roku, czyli w środku wojny. Recepcja, czystość, schludnie ubrani pracownicy… inny świat.

Fot. Jacek Torbicz.

Al Dżazira

Pewnego dnia pojechaliśmy za Mogadiszu wzdłuż wybrzeża. Nie dojechaliśmy daleko, nasi gospodarze niestety pilnowali, byśmy nie znaleźli się blisko frontu, choć bardzo nalegaliśmy na to. Dojechaliśmhy do nadmorskiej miejscowości Al Dżazira, to słowo oznacza po arabsku „wyspę”.

Fot. Jacek Torbicz.

Biała piaszczysta plaża, niebieski ocean, po prostu idylla. Dzieci kąpały się beztrosko nawet nie zwracając na nas większej uwagi, dorośli modlili się na klęczkach plecami do oceanu zwracając się w stronę Mekki. Ja również ochłodziłem się w morzu i popływałem przy brzegu.

Fot. Krzysztof Rzepecki.

Na plaży spacerował starszy człowiek i zbierał małże zerkając na nas ukradkiem. W końcu ciekawość zwyciężyła i podszedł do nas, nasi ochroniarze obserwowali go uważnie. Pozdrowił nas i rozpromienił się mówiąc: „I am very happy to see the white men here”. Okazało się, że od szesnastu lat po raz pierwszy zobaczył tutaj cudzoziemca.

Fot. Krzysztof Rzepecki.

Wzdłuż plaży widniały ruiny kamiennych zabudowań, nie było jednak ani jednego całego domu. Sądząc po zachowanych fragmentach musiały być to niegdyś ładne wille, pensjonaty, sklepy. Rzeczywiście, spotkany człowiek opowiadał nam, że doskonale pamięta tętniącą życiem Al Dżazirę z jej restauracjami, barami, dyskotekami i tłumem bogatych turystów przyjeżdżających tu na wypoczynek z Mogadiszu.

Wdałem się w pogawędkę z Alim, szefem naszej ochrony. Spytał, czy chcę postrzelać, czemu nie, odrzekłem. Ali rzucił mi specyficzne wyzwanie. Zdjął swojego sandała i zaproponował, że mogę do niego strzelić z pewnej odległości. Jeśli nie trafię, dam mu 20 dolarów. No a jak trafię nic mu nie dam i Ali nie będzie mieć sandała. Przyjąłem wyzwanie i Bóg mi świadkiem, chciałem przestrzelić mu tego sandała. Wokół zgromadzili się gapie i pozostali ochroniarze. Uniosłem powoli do góry pistolet, jak to pamiętałem ze strzelnicy. Widziałem napięcie malujące się w oczach Alego. Oddałem strzał i chybiłem dosłownie o włos, kurz od kuli podniósł się tuż obok buta. Ali rozpromienił się, a ja dałem mu jego pieniądze, doprawdy żałowałem że nie podziurawiłem mu sandała. Po tym zdarzeniu ochroniarze nie chcieli uwierzyć, że nie byłem wojskowym. Właściwie nigdy nie spytałem Marcina Mamonia dlaczego od tego mało istotnego wydarzenia zaczął swoją książkę „Wojna braci”.

Fot. Jacek Torbicz.

MSF w Huddur

Pobyt w Somalii nie ograniczyliśmy jedynie do Mogadiszu i okolic. Znaleźliśmy się w Huddur (Xuddur) w środkowej Somalii. Dostaliśmy się tam awionetką wiozącą zaopatrzenie dla MSF (Lekarze Bez Granic). Zamieszkaliśmy  w ich niezwykle skromnym, pozbawionych wygód campie, który jednak miał ochronę kilkunastu uzbrojonych w kałasznikowy Somalijczyków. Lekarze bez Granic mieszkali w glinianym budynku z dachem zrobionym z blachy falistej, niektórzy nocowali w małych, okrągłych chatkach krytych strzechą. Na otoczonej murkiem i drutem kolczastym posesji stała beczka z wodą, jedna toaleta na zewnątrz i prysznic z beczką na dachu musiał wystarczyć wszystkim.

Camp MSF w Huddur. Fot. Krzysztof Rzepecki.

Sytuacja prowincji Huddur była niestabilna, zwalczało się tam nawzajem kilka grup zbrojnych reprezentujących rodzinne klany. Stabilizująca sytuację władza rządzącej w Mogadiszu Unii Trybunałów Islamskich zaczynała jednak docierać i tutaj. Panowała atmosfera oczekiwania, nadejścia nowych panów życia i śmierci.

Fot. Krzysztof Rzepecki.

Teoretycznie obecność „Lekarzy bez Granic” i ich szpitala powinna być na rękę wszystkim. Leczyli wszystkie strony konfliktu, kobiety dzieci. A jednak w Somalii nie ma miejsca na logikę i wdzięczność. Mogli stać się celem ataku, prowokacji w każdym momencie, w każdym miejscu.

Fot. Jacek Torbicz.

Pomimo tego „Lekarze bez Granic” nie uciekali, za przyzwoleniem swojej centrali walczyli o przetrwanie szpitala, który sami zorganizowali w tym zapomnianym kącie świata. Grecki lekarz Costa i norweski Aslak Jøssang byli jedynymi lekarzami w promieniu setek kilometrów. Siedzieli całymi miesiącami w tym strasznym miejscu wyłącznie z powołania, z poczucia misji pomagania ludziom, którym nie pomaga już nikt.

Szpital MSF składał się z betonowych baraków bez okien. Przebywało tu naraz około tysiąca pacjentów. Wejście do środka przypominało przekroczenie jednego z kręgów piekła. Gdy oczy przyzwyczaiły się do zmroku ujrzeliśmy szkielety łóżek, często bez materaców. Nam szpitale kojarzą się z kolorem białym – ścianami, prześcieradłami, fartuchami lekarskimi. Tam nie było ani jednego kompletu pościeli, otoczenie było ciemne i ponure. Wytchnieniem były jednak wzorzyste szaty somalijskich kobiet, a nawet można było zobaczyć ich uśmiech.

Szpital MSF w Huddur. Fot. Jacek Torbicz.

Szkielety łóżek zajęte były przez szkielety ludzi, wychudzonych, chorych, rannych, a i tak mających szczęście, że tu dotarli. Łóżka i materace na ziemi stały też pod gołym niebem, pod drzewami. Tam leżeli ci, którym zabrakło miejsca w środku, choć dla mnie akurat były to miejsca atrakcyjniejsze, jeżeli mogę to tak określić. W koronach akacji gniazdowały i świergotały kolorowe wikłacze kontrastując z przygnębiającym otoczeniem pod drzewami.

Huddur. Fot. Krzysztof Repecki.

Przed szpitalem rodziny chorych gotują ryż, rzadko trafiają się inne produkty. MSF nie ma wyżywienia i środków na nie. Pacjentów muszą wykarmić krewni, a gdy ich nie mają, robi się problem.

Oddajmy głos doktorowi MSF, tak opowiadał mi Aslak Jøssang:

„Najgorsze jest, gdy umierają nam tu dzieci. Pewnego razu przywędrowała do nas matka z czteroletnim chorym synkiem. Szli kilka dni, nasz szpital to jedyna placówka medyczna w tej części kraju i wieść o niej szybko się rozeszła. Pomimo tygodni walki o jego życie, chłopczyk u nas umarł. Matka pochowała dziecko przy szpitalu i zupełnie sama ruszyła w drogę powrotną. To jest dla nas nie do zniesienia, a jednak tu jesteśmy.

Tracę powoli wzrok, powinienem lecieć do Nairobi lub Europy na operację. Źle się z tym czuję, nie wiem, czy pojadę. Moi pacjenci nie mają takiej możliwości, a ja zdecydowałem się mieszkać z nimi w Somalii.”

Dina Hovland w szpitalu w Huddur. Fot, Krzysztof Rzepecki.

Przed zachodem słońca lekarze i pielęgniarki MSF muszą wrócić do swojego campu. Takie są reguły, których trzeba bezwzględnie przestrzegać. Na miejscu zostają somalijskie siostry, które sami wykształcili. Porozumiewają się z nimi przez walkie talkie. Niezależnie co się dzieje w szpitalu nie mogą tam przyjechać, udzielają zdalnych porad i zjawią się przy pacjentach dopiero po wschodzie słońca.

„Dobra noc dla naszego szpitala to taka, gdy umrze mało pacjentów” – powiedziała mi norweska pielęgniarka Dina Hovland widoczna na zdjęciu powyżej.

Spotkanie z „Lekarzami bez Granic” wniosło światełko w ciemny świat Rogu Afryki. Jeśli ktoś czuje potrzebę udzielenia pomocy najbiedniejszym, która będzie mądrze wykorzystana, niech przekaże datek na rzecz MSF. Organizacja ta bazuje wyłącznie na prywatnych dotacjach, nie chce uzależnić się od koncernów. Wpłaty na rzecz „Lekarzy bez Granic” można dokonać tutaj: MSF pomoc. 

Gotowanie posiłków przed szpitalem w Huddur. Fot. Krzysztof Rzepecki.

Po wspomnieniu Huddur przerywam na razie opowieść opowieści o Somalii. Pamiętam myśl, która przyszła mi do głowy w awionetce startującej do Nairobi. My wyjeżdżamy w prosty i łatwy sposób, a oni zostają w tym świecie bez szansy na lepszą przyszłość, na dotarcie do normalnego świata. Tu nikt nie ma kilku tysięcy euro na opłacenie przerzutu do Europy. Tu prawie nikt nie ma kilkudziesięciu euro.

 

Ulica w Huddur. Fot. Krzysztof Rzepecki.
close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię