Lotniska Jana Pawła II i krowy

Minęło już kilka dni, zanim przylecieliśmy na lotnisko Jana Pawła II w Ponta Delgada rozpoczynając podróż na lotnisku Jana Pawła II w Krakowie. Zobaczyliśmy już sporo ciekawych miejsc, doświadczyliśmy deszczu, słońca, mgły. Znakomicie pojedliśmy, choć pewnie będzie to dla was zaskoczenie, że to nie ryby są głównym przysmakiem atlantyckiej wyspy. Najlepsze jedzenie jest związane z krówkami. Szczęśliwe krowy pasą się swobodnie na rozległych, wiecznie zielonych pastwiskach. Nie są zamykane w jakichś oborach, mają dużo wolności i przestrzeni. Łagodne zimy pozwalają im pozostawać cały, okrągły rok na bajkowych łąkach. Dają znakomite mleko, z którego produkuje się fenomenalne azorskie sery. Gdy nadchodzi kres ich szczęśliwego życia, spożywamy je w postaci znakomitej wołowiny, która wydała mi się lepsza nawet od argentyńskiej.

Krowy na Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz.

Jeśli chcecie wrócić do pierwszej relacji z Azorów, kliknijcie tutaj. Jeśli pragniecie czytać dalej, to nigdzie nie klikajcie.

Sao Miguel

Sao Miguel jest długim na 65 km, górzystym skrawkiem lądu. Jest to największa wyspa Azorów i posiada najludniejsze miasto – Ponta Delgada. Wnętrze wyspy zajmują wygasłe kratery z licznymi jeziorami, wzgórza porośnięte trawą lub lasami.

Brzegi zwykle są niedostępne i spadają do oceanu stumetrowymi, pionowymi klifami. Nieliczne miejscowości na południowym wybrzeżu posiadają port, największy to oczywiście Ponta Delgada, stolica Azorów. O Sao Miguel rozbijają się od zachodniej strony duże, a czasami potężne kilkunastometrowe fale, tworząc ciekawy spektakl.

Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz.

Oto atrakcje wyspy, które mogę z czystym sumieniem polecić. Dodam, że niektóre popularne wśród turystów miejsca celowo ominęliśmy. Nie interesowała nas np. uprawa ananasów, czy pola herbaty, których widzieliśmy już dużo gdzie indziej. Poniższa część wpisu może być interesująca wyłącznie dla osób, które mają zamiar pojechać na Azory, ewentualnie skonfrontować swoje wrażenia z nich z moimi opisami.

Zachód Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz.

Ponta Delgada i inne miejscowości

Ponta Delgada to jedyne duże miasto, jeśli można powiedzieć o miejscowości liczącej siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców. Bardzo podobało mi się centrum z domami pomalowanymi na biało i pięknymi kościołami. Można znaleźć tu kilka ciekawych restauracji i fajnych kafejek, których na Sao Miguel jest nadzwyczaj mało w mniejszych miejscowościach. Nabrzeże nie jest ciekawe, tuż obok centrum znajduje się port handlowy, a nieco dalej jachtowy

Kościół św. Sebastiana. Ponta Delgada. Fot. Jacek Torbicz.

Wszystkie miejscowości na Sao Miguel są podobne. Większość domów jest pomalowana na biało, od czasu do czasu widać inne kolory. Domki często są małe, wręcz miniaturowe. Mniejsze miejscowości sprawiają wrażenie częściowo opuszczonych, a na domkach widzimy dużo napisów „na sprzedaż”. Spotkaliśmy zresztą parę z Polski, która taki domek sobie kupiła, podobno jest tanio. Elementem każdego miasteczka jest charakterystyczny kościół z jedną wieżą i zadbany centralny plac z ładnym budynkiem administracji.

Nordeste, Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz.

Miejscowości, które mi się podobały to Furnas, o którym pisałem w poprzednim wpisie, Nordeste, Fenais da Luz, Mosteiros i Caloura. To oczywiście moje bardzo subiektywne zdanie.

Ribeira Quente. Fot. Jacek Torbicz.

Kratery, jeziora, góry

Sao Miguel jest pasmem wygasłych wulkanów z wyraźnie zarysowanymi kraterami i położonymi w nich malowniczo jeziorkami. Najsłynniejszy z nich to Sete Cidades z miejscowością o tej samej nazwie położoną w kalderze. Największe jeziora to Azul i Verde, podczas ładnej pogody jak wskazuje portugalska nazwa jedno jest intensywnie błękitne, a drugie zielone. My trafiliśmy tam w pochmurny dzień i oba były szare. Jest tu kilka łatwych i dosyć malowniczych tras trekkingowych.

Jezioro Santiago w kalderze Sete Cidades. Fot. Jacek Torbicz

Kolejnym jeziorem w kraterze jest Lagoa do Fogo. Punkt widokowy na jezioro leży na wysokości 950 m n.p.m. i często tonie w chmurach. Wybierzcie zatem dzień, gdy pułap chmur będzie wysoki lub niebo błękitne. Na punkcie widokowym wiał lodowaty wiatr i po zrobieniu zdjęcia szybko popędziliśmy w dół.

Lagoa do Fogo. Fot. Jacek Torbicz

Bodaj największe z wulkanicznych jezior to Furnas. Samo jezioro nie zrobiło na mnie wrażenia, ale jest tam wspomniana już ciekawa okolica.

Zwiedzając wyspę mamy do dyspozycji wiele znakomitych punktów widokowych (miradouros) z parkingiem, zadaszonymi stoliczkami, czasem toaletami i miejscami do grillowania. To prawdziwe perełki, a ja tak znakomicie zagospodarowanych punktów widokowych nie widziałem nigdzie na świecie. To wspaniałe miejsca na pikniki, poniżej jeden z takich miradouro.

Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz

Najwyższa góra Sao Miguel (1105 m n.p.m.) znajduję się w jej wschodniej części. Prowadzi na niego trasa trekkingowa, ale nie mieliśmy ochoty podjąć wyzwania. Szczyt o nazwie Pico da Vara z kształtu przypomina mi Babią Górę.

Pico da Vara. Fot. Jacek Torbicz

W tym rejonie można wyjechać asfaltową drogą autem na punkt widokowy na szczyt Pico Bartolomeu (ok. 930 m n.p.m., jak pokazał mi GPS). Góra zabudowana jest antenami, jednak warto, widok jest genialny. Po drodze mijamy niezwykle gęste lasy składające się częściowo z endemicznych gatunków. Wyczytałem, że są to „makaronezyjskie lasy wawrzynolistne”, cokolwiek to nie znaczy. Jako geograf dodam, że nazwą „Makaronezja” określa się wyspy Atlantyku od Cabo Verde przez Kanary po Azory, choć termin ten wyszedł już z użytku. Niemniej dobrze brzmi. Gdzie jestem na wakacjach? W (na?) Makaronezji!

Lasy wschodniej części Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz

Wybrzeża i plaże

Wiele miejscowości wyglądających na mapie na nadmorskie w rzeczywistości leżą na wysokim klifie i nie mają żadnego dostępu do oceanu. W niektórych miejscach możemy zejść lub zjechać do brzegu bardzo stromymi drogami. Na Sao Miguel znajdziemy kilka plaż z czarnym, wulkanicznym piaskiem. Nie jestem miłośnikiem ciemnych plaż, nie są po prostu ładne. Można jednak dostrzec urok w ich surowym krajobrazie, czarnych skałach i wzburzonym morzu. Jeśli chodzi o krajobrazy i obecność paproci drzewiastych, Azory można nazwać raczej „Nową Zelandią” Atlantyku, na pewno nie „Hawajami”, jak chcą biura podróży. Czyż sceneria poniższych zdjęć nie przypomina wam Wyspy Północnej Nowej Zelandii?

Mosteiros, Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz
Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz

Widzieliśmy kilka piaszczystych plaż, ale styczeń jest zbyt zimny na plażowanie i kąpiele. Ocean jest tu jednak bardzo niebezpieczny. Na urokliwej Praia dos Mornhos można próbować ostrożnie kąpać się, niemniej ogromnym zagrożeniem są prądy wynoszące.

Praia Mornhos, Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz

Nową Zelandię do złudzenia przypomina położona na zachodnim krańcu plaża w Mosteiros. Fale były tak wielkie, że nawet doświadczeni surferzy nie odważyli się wejść do wody. Myślę, że podczas większości dni kąpiel w tym miejscu byłaby naszą ostatnią czynnością na ziemskim padole.

Mosteiros, Sao Miguel. Fot. Jacek Torbicz

O gorących źródłach, wodospadach i innych bardziej praktycznych kwestiach napiszę w trzecim i ostatnim odcinku wrażeń z Azorów. Tymczasem przenieśmy się na czarną plażę Mosteiros i posłuchajmy, jak kojąco szumi nam Ocean Atlantycki.

Następy odcinek o Azorach przeczytasz klikając tutaj.

 

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię