W ostatnich dniach odczułem większe podenerwowanie pandemią. Dookoła zachorowania, męczące i monotematyczne media, z pewnością nie pomógł serial „Ku jezioru”, który zacząłem oglądać na Netlixie. Jego oryginalny, rosyjski tytuł to „Epidemija”…

Niezawodną metodą na polepszenie nastroju jest powrót do minionych podróży. W tym przypadku jest to zagłębienie się w świat Wysp Trobrianda i kontynuowanie opowieści o nich. Jeśli nie czytaliście pierwszego odcinka, zajrzyjcie najpierw tutaj. Będziecie wiedzieć nieco więcej o jakim miejscu piszę.

Dni spędzone na Kiriwnie okazały się nadzwyczaj ciekawe. Nie chcę tu opisywać wszystkich naszych przygód, pragnę pozostawić w przestrzeni internetowej nieco swoich obserwacji miejsca tak ważnego dla nauki światowej, ważnego dzięki Bronisławowi Malinowskiemu. Liczyłem na łut szczęścia i na napotkanie przynajmniej śladów zwyczajów opisywanych ponad sto lat temu przez polskiego antropologa.

Przypomnę dokąd podróżujemy – poniżej mapa sporządzona przez Australijski Uniwersytet Narodowy. Na mapie jest Kiriwina i sąsiednie wyspy. Jeśli powiększycie mapę, z łatwością zlokalizujecie miejscowości, o których piszę. Od razu podziękuję też Asi i Tadeuszowi za ich zdjęcia, które tu zamieszczam obok nielicznych swoich.

STATION

Jeszcze przed opisywaną poprzednio ,obowiązkową wizytą u wodza wyspy w Omarakana, skierowaliśmy się do tzw. Station, jak mówi się na stolicę wyspy o nazwie Losuia. Jest tu prosty posterunek policji, przychodnia z jedną karetką i bez lekarza, szkoła z mnóstwem dzieci, targ, sklep i przede wszystkim port. Ja jednak byle jakiego mola usypanego ze skamieniałych koralowców w życiu nie nazwałbym portem. To cała infrastruktura na trzydzieści tysięcy mieszkańców wyspy, trochę słabo… W „porcie” były zaledwie dwie większe, zadaszone łodzie, których nie można nazwać statkami. Gdy na Kiriwinę przypłynie większa jednostka, konieczne jest cumowanie na redzie daleko od brzegu. Widzieliśmy też kilka dingy, plastikowych łodzi z silnikiem, których używa się do komunikacji między wyspami i połowu ryb. Małe te dingy, na tle oceanu są niczym łupinki orzecha.

Gdy przyjechaliśmy do Station, szare chmury wisiały nisko, zacinał nieprzyjemny i nie taki znów ciepły deszcz. Tłum ludzi tłoczył się na molo, niektórzy przed deszczem i wiatrem chronili się za parasolami. Zobaczcie najlepiej sami, jak wygląda jedyny port na Kiriwinie:

Właśnie dwie dingy przypłynęły z rybami, handel toczył się wprost z łodzi i z ziemi na nabrzeżu. Wyjaśniła się przyczyna powstania tłumu.

Następny dzień przyniósł już słońce. Szybko zrobiło się piekielnie gorąco i parno. Pojechaliśmy do Station, aby kupić potrzebny nam na prezenty betel, powszechną używkę, o której jeszcze napiszę. Wkrótce weszliśmy do sklepu, szczerze powiedziawszy liczyliśmy na piwo. Sprzedawczyni powiedziała nam, że już od wielu tygodni na Kiriwinę nie zawinął żaden statek, brakuje produktów, a o piwie możemy zapomnieć, nie ma od dawna. Nie ma też cukru i ryżu, ale wyspiarze radzą sobie, Kiriwina jest samowystarczalna, jeśli chodzi o żywność.

Moją uwagę zwrócił bogaty wybór drogich konserw rybnych. Co u licha? Przecież jesteśmy przy samym porcie, tuż obok sprzedają doskonałe i tanie ryby prosto z łodzi! Ale to nic nie znaczy – konserwa to coś lepszego, produkt z bogatego świata. Słyszałem o rybakach, którzy za pieniądze otrzymane ze sprzedaży ryb, kupowali sobie puszki z tuńczykiem… To nie żart, to fakty i przykład wydzierania z biednych ludzi resztek pieniędzy. Stworzenie popytu na niepotrzebne produkty, by skubać naiwnych… Skądś to znamy?

Zainteresowała nas pobliska szkoła, nauczyciel o imieniu Jeffrey chętnie po niej nas oprowadził. W szkole były tylko małe dzieci w wieku od 6 do 9 lat. Byliśmy wielką atrakcją, dotykały nas i uciekały. Jak powinniście pamiętać z poprzedniego wpisu, dotknięcie białego, czyli dim-dima przynosi szczęście. Nawet pies otarł się o mnie, skorzystał, dim-dimów nie ma tu wiele. Jeffrey znał postać Malinowskiego, co mnie bardzo zbudowało.

 

SPICHLERZ WUJA TOMA

Na Trobriandach łatwo dostrzeżemy charakterystyczne pięknie zdobione spichlerze. Są to najważniejsze i jedyne zdobione budynki, mieszkać można byle gdzie, ale przechowywanie żywności to dla gospodarza być albo nie być. Pale na których wznoszą się spichlerze regularnie trzeba smarować tłuszczem, aby do środka nie wspięły się szczury.

W spichlerzach przechowuje się bulwy jamu (pochrzynu), które są tu podstawą pożywienia. Znajdziemy całą gamę ich gatunków różniących się kolorem, kształtem i wielkością. Nocując w jednej wsi otrzymaliśmy taki właśnie posiłek, który nazwałem „sam jam”:

Dzięki tłumaczowi udało nam się porozmawiać z jednym z gospodarzy o imieniu Tom. Jak już zauważyliście, wyspiarze przyjmują obce imiona anglojęzyczne, to smutne. Toma polubiliśmy i doceniliśmy szybko. W swoim spichlerzu chował nie tylko bulwy, ale i zapas piwa. Wkrótce dobiliśmy targu i sprzedał nam je po zbójeckiej cenie, co było oczywiście z jego strony bardzo rozsądne, widział nasze pragnienie. Spichlerz Toma był niemal pusty – narzekał na rodzinę, która wszystko od niego wyciąga.

Tom opowiadał nam o podziale społeczeństwa na cztery klany. Jego klan to wojownicy, a totemem jest czerwona papuga. Nie można mieć żony ze swojego klanu, mężczyzna po zawarciu małżeństwa przechodzi do klanu żony. Jak wspominałem w poprzednim wpisie, na Trobriandach ważniejsze są kobiety i było tak też za czasów Bronisława Malinowskiego. Mężczyźni jeszcze nie wywalczyli sobie równouprawnienia.

WESOŁO – SMUTNA UROCZYSTOŚĆ

Tylko niewielka część mieszkańców Kiriwiny jest obeznana z oceanem, dla większości miejscowych rolników morze to obcy żywioł. Osady przeważnie nie leżą na wybrzeżu. Słyszeliśmy, że mnóstwo osób tonie przy połowach i przeprawach z wyspy na wyspę małymi łodziami. Mieliśmy zresztą próbkę takiej podróży, gdy próbowaliśmy dostać się na sąsiednią wyspę. Widzieliśmy przygotowania do symbolicznego pogrzebu, grupa mężczyzn nie wróciła z połowu i nie było już żadnej nadziei. W jednej ze wsi miała się odbyć uroczystość zakończenia żałoby po chłopczyku, który utonął podczas podróży morskiej. Jak nam mówiono, ludzie kilka godzin tkwili w wodzie trzymając się kadłuba, po tym, gdy przewrócił się mały statek. Niemal cudem rozbitków dostrzegł pilot małego samolotu i wezwał na pomoc statek. Roczny chłopczyk był jedyną śmiertelną ofiarą tego zdarzenia. Dzisiejsza uroczystość kończyła roczną żałobę rodziny, a my zostaliśmy na nią zaproszeni przez samego wodza.

Gdy wchodziliśmy do wioski, gości było już mnóstwo. Z dziesiątek ust wydobywało się półgłosem: „dim-dim, dim-dim…”. Ale nie byliśmy jedynymi dim-dimami. Na uroczystości była jeszcze Ola Gumowska, dziennikarka z Polski, która przyjechała na Kiriwinę zbierać materiały do książki. Książka rzeczywiście powstała, nosi tytuł „Seks, betel i czary”, jest właściwie reportażem z pobytu autorki na wyspie i znakomitym źródłem wiedzy. Miałem lekkie wyrzuty sumienia, że nasze pojawienie się odarło nieco dziennikarkę z poczucia wyjątkowości.

Goście popijali, jedli, śmiali się – to pogodne, jeśli nie radosne święto, choć zorganizowane wokół grobu dziecka, który został udekorowany kwiatami. Prawdę mówiąc przyjęcie było urządzone na samym cmentarzu.

Na uroczystość przygotowuje się specjalne dania, między innymi taro zmieszane z kokosem, które nawet dało się zjeść. Otaczała nas tropikalna roślinność, zrobiło się jakoś tak sielsko, z łatwością można było stworzyć sobie obraz wysp szczęśliwych pomimo okoliczności święta.

Przez dłuższy czas nic się nie działo, ludzie stracili zainteresowanie nami i poczuliśmy się swobodniej. Nagle zaczął się hałas, harmider, wszyscy biegali, krzyczeli podnieconym głosem. Zaczęła się ceremonia zbierania darów dla mamy nieżyjącego chłopczyka. Nie potrafiłem zrozumieć przebiegu tej krzątaniny, ale zdaje się, że główną rolę ogrywała nim właśnie owa mama ubrana w jaskrawy T-shirt i wianek. W uroczystości dominowały kobiety, mężczyźni byli jakby tłem, nieco z boku.

Darem były doba –  trobriandzkie pieniądze, ewenement na skalę światową. To pieniądze sporządzane z liści bananowca, wciąż są używane i mają swój przelicznik do kiny, papuaskiej waluty. Doba znosiły kobiety i dziewczynki w ogromnych koszach. Jak widać na zdjęciach portmonetki są duże i mało poręczne, pieniądze uległy dewaluacji. Tak, nie mylicie się, dziewczynka na głowie niesie pieniądze!

Pieniędzmi mogą posługiwać się wyłącznie kobiety. Bardzo słusznie, mężczyźni od razu przetraciliby je na betel, piwo lub konserwy rybne, jak to faceci.

Doba sporządza się wyciągając włókna z liści, a następnie suszy na trawie. Przyjrzyjcie się z bliska tej unikatowej walucie:

KRĄG KULA

Z podróżami morskimi związany jest niebywały zwyczaj wysp Morza Salomona. To tak zwany Krąg Kula, czyli rytualna wymiana przedmiotów między odległymi wyspami. Trobriandy są tylko jednym z archipelagów wchodzących w obrzędową wymianę. Ta pradawna tradycja trwa do dzisiejszych dni, została dość dokładnie poznana i opisana, choć nikt nie doszedł do jej początków i przyczyn powstania. Otóż wyspiarze wybierają się na specjalne wyprawy mające dostarczyć święte przedmioty na inny archipelag, a jednocześnie na miejscu otrzymują inne. I tak od archipelagu do archipelagu ozdoby wędrują w kręgu tych wysp. Po wielu latach przedmioty wracają do punktu wyjścia i rozpoczynają nową wędrówkę. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara krążą naszyjniki, a w przeciwnym kierunku, naramienniki. W rytuale tym uczestniczą ludzie z różnych plemion, mówiący niepodobnymi do siebie językami, żyjący setki kilometrów od siebie. Fascynujące, prawda? W Krąg Kula od wieków były włączone nawet wyspy zamieszkane przez ludożerców, których Trobriandczycy panicznie się bali. Przykładem może być wyspa Dobu. Co kazało wyspiarzom ruszać przez morze małymi, żaglowymi łodziami? Dlaczego dla tego rytuału narażali życie, a często je też tracili? Dlaczego wciąż to robią? Ludzie wtajemniczeni w Krąg Kula to elita, czują między sobą solidarność i popierają się. Ich doświadczenie wzbogaciły podróże i kontakty z innymi plemionami. „Raz w Kula, zawsze w Kula” można przeczytać w dziełach Malinowskiego – jest to więź trwająca całe życie, która przechodzi na potomnych.

Pamiętacie, gdy opowiadałem o wizycie u wodza? To właśnie u niego czekają na swą podróż najcenniejsze ozdoby rytualne.

KOMPUTERY W WEWALI

Pewnego dnia postanowiliśmy ruszyć na piechotę na południe w kierunku wąskiego i długiego półwyspu. Idąc można zobaczyć dużo więcej, a poza tym droga i tak nie była przejezdna, kałuże sięgały powyżej kolan.

Południe ma złą opinię. Wyspiarze z północy mówią, że można tam być napadniętym i zgwałconym, co ponoć przydarzyło się żyjącej na Kiriwinie zakonnicy. To właśnie na południu miały miejsce  opisywane przez Malinowskiego okrutne rytualne gwałty dokonywane przez kobiety na mężczyznach podczas pory plewienia ogrodów.

Było już blisko zachodu słońca, gdy zbliżaliśmy się do nadmorskiej wsi Wewala. Mijaliśmy grupy wesołych dziewcząt podążających daleko za wieś, ale nie wykazywały one najmniejszej chęci dokonania gwałtu na mnie, być może przez obecność dwóch koleżanek. Byłem niemal pewien, że są to opisywane przez Malinowskiego „wyprawy miłosne”. Polegają na umawianiu się po zmroku chłopców i dziewcząt z sąsiednich wsi w ustronnych miejscach, gdzie młodzi mogą się pokochać. Dostrzegliśmy napisane na piasku imiona spotykających się par, efekt nocnych randek. Do Wewali doszliśmy już po zachodzie słońca po przejściu w upale około piętnastu kilometrów.

We wsi było niemal zupełnie ciemno, w niektórych chatach było widać tylko słaby blask lampek oliwnych. Wes, nasz tłumacz spotkał kuzyna, który zorganizował nam chatę do spania. Nie było jednak dane nam odpocząć. We wsi rozniosło się, że przyszły dim-dimy i szybko przed chatą zgromadziły się prawdziwe tłumy ciekawskich. Rozpalono ognisko i wkrótce zrobiło się wesoło.

Wyjęliśmy przechowywaną na specjalną okazję wodę ognistą i z kilkoma ważniejszymi osobami oddaliśmy się konsumpcji oraz rozmowie. Znalazła się nawet dwunastostrunowa gitara i choć miała jedynie trzy struny, próbowałem na niej grać. Wychodziło nam nawet nieźle, Wes miał znakomity głos, trenowany w chórze gospel.

Gdy weszliśmy do naszej chaty, oniemieliśmy. Była załadowana starym sprzętem komputerowym, hi-fi, a nawet aparatami fotograficznymi, na oko z początku lat dziewięćdziesiątych. Gospodarze właśnie wynosili wszystko, by zrobić nam miejsce. Dodam, że w Waweli nie było nigdy prądu, nawet zwykłego generatora. Wyjaśnienie przyszło szybko, na pobliskiej rafie osiadł kiedyś statek z Tajwanu i został porzucony przez załogę. Okoliczni mieszkańcy zajęli się oczywiście wynoszeniem elektroniki. Zamiast próbować to jakoś sprzedać, zgromadzili ten majątek w chatach i tak leży tu od lat. Grzecznie odmówiliśmy zakupów dziś już zupełnie bezwartościowych przedmiotów. Widząc nasze zdumienie na widok sprzętu, Kiriwińczycy zaśmiewali się, a jeden udawał, ze robi nam zdjęcia dużym nikonem, naturalnie jeszcze takim na filmy…

W końcu przed chatą zrobiło się pusto, rozebrałem się do naga i wszedłem do ciemnego jak smoła morza, by popływać i umyć się. Gwałtowna ulewa przyniosła mi naturalny, wspaniały prysznic. Gdy zasypialiśmy w chacie myślałem, że będzie tu sucho – w końcu śpimy, gdzie wcześniej przechowywano komputery. Wtedy na głowę i śpiwór zaczęła kapać z dachu woda, najpierw niewiele, a potem coraz częściej. Kap, kap, kap…

Gdy obudziliśmy się, we wsi było już gwarno. Przed naszą chatą stał tłumek ciekawskich, ostatni biali byli tutaj dwa lata temu. Wyszedłem przed chatę i ku uciesze gawiedzi, złamała się pode mną deska. Ważę 78 kg, ale poczułem się jak słoń. Koleżanki rozglądały się za jakąś toaletą, na próżno. Choć żyje tu około tysiąca osób, panie chodzą w krzaki na prawo, a panowie na lewo. Nie ma kanalizacji, zwykłej pompy (woda jest tylko w kilku studniach i czerpana bez kołowrotka), brak najprostszych toalet, nie ma prądu i nawet zwykłych lamp naftowych. Nie jest to miejsce, w którym zechcecie mieszkać dłużej, choć nawet ładnie tu. Jak różne może być życie w XXI wieku.

Dopiero teraz mogliśmy zobaczyć Wawelę, w słońcu robiła dobre wrażenie, leżała przy pięknej plaży i była ocieniona palmami kokosowymi. Z wielkim zaciekawieniem obejrzałem tradycyjny katamaran, dokładnie taki, jak ze zdjęć Malinowskiego. To chyba jedna z ostatnich takich łodzi. Zauważyliśmy też liczne elementy z szabrowanego statku tajwańskiego potwierdzające wczoraj usłyszaną historię. Mieszkańcom służą jako ozdoby domów i drzew. Na fotografii poniżej zobaczycie na drzewie koło ratunkowe.

 

Piękny był nasz pobyt w Waweli, choć nie „doświadczyłem tu najjaśniejszych gwiazd”, jak pisał o tym miejscu Bronisław Malinowski, który w tej samej wsi sto lat temu prowadził swoje badania. Niewiele się tu zmieniło…

Miałem maskę do nurkowania i wykorzystałem ją do pooglądania dna morskiego. Rafa przy brzegu była trochę zniszczona, ale zobaczyłem piękną płaszczkę. Słońce osuszyło mi skórę w mgnieniu oka. Zaczął się kolejny piękny dzień, trzeba go dobrze wykorzystać. Nie wiemy, ile tych dni będzie…

P.S. Już wkrótce dokończę dla was opowieść o Wyspach Trobrianda.

 

 

3 KOMENTARZE

  1. Asia ma rację. Ja odniosłem takie samo wrażenie. Przecież od tej wspaniałej przygody minęło już ponad 8 lat. Z przyjemnością czytałem te wspominki, przeżywając jeszcze raz pobyt na Kiriwinie. A przy okazji dowiedziałem się kilka ciekawych szczegółów, które umknęły mi, gdy byłem zaabsorbowany robieniem bardzo ciekawych zdjęć.

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię