Rawalpindi.

Wczoraj wylądowałem w Islamabadzie. Byłem tu kiedyś, ale nawet nie mam zamiaru wam napisać, jak dawno temu to było. Podróżowałem wtedy z Pawłem, kolegą, z którym przyjaźnimy się do dzisiaj. Do Rawalpindi, tuż obok Islamabadu jechaliśmy z południa z Karaczi 36 godzin pociągiem III klasą. Na każdej stacji przetaczały się przez wagon tłumy kalekich i chorych żebraków. Ścisk był taki, że niemożliwością było dotrzeć do toalety. Był kwiecień, temperatura w ciągu dnia  przekraczała 40 stopni, a jaka była w pociągu Bóg raczy wiedzieć. Mieliśmy wielkie plany i bardzo mało pieniędzy, kolega zostawił je przez roztargnienie na krzesełku na lotnisku w Moskwie… To były czasy!

Wtedy Pakistan odebrałem jako niezwykle ciekawy, egzotyczny kraj. Ludzie byli gościnni, ale nie nachalni, przyroda Himalajów i Karakorum oszałamiała. Jak będę postrzegać go teraz po latach podróżowania? Czy ludzie i wielkie góry Pakistanu zrobią na mnie takie samo wrażenie?

Od mojej pierwszej podróży czasy się zmieniły. Wtedy nie było zamachów, islamistów, porwań i ucinania głów niewiernym. Reakcja osób postronnych na informację o wyjeździe była podobna. Czy się nie boję, są tam Talibowie, tuż obok Afganistan itd. Cóż, Polska jest tuż obok Ukrainy, gdzie jest wojna, a terroryści są we Francji i w Niemczech.

Zwykle świat medialny różni się od realnego, ale pomimo tego musimy zachować pewną ostrożność. Z pewnością ekstremiści islamscy marzący o szybkim pójściu do raju nie są wytworem wyobraźni i mediów.

Po krótkim odpoczynku w hotelu w Islamabadzie zorganizowałem sobie auto z kierowcą, by pojechać do miasta Rawalpindi. Wraz z Islamabadem tworzą zespół dwóch połączonych metropolii, czyli twin city. Islamabad to wybudowana od podstaw stolica zaprojektowana przez greckiego architekta Doxiadisa. Są tu biurowce, budynki rządowe, ambasady, szerokie ulice i mnóstwo zieleni. Nie mają tu wstępu motoriksze i rozklekotane ciężarówki. Jest ładnie położona u stóp zielonych wzgórz Margala.

Islamabad widziany ze wzgórz Margala. Fot. Jacek Torbicz.

W mieście dominuje wielki meczet króla Fajzala, dar Arabii Saudyjskiej. To miasto dobre do życia, ale nudne do zwiedzania. Co innego Rawalpindi. Chaos, sklepiki, knajpki, uliczne jedzenie, kolory, zapachy, czyli to wszystko, co lubimy.

Meczet króla Fajzala. Fot. Jacek Torbicz.

Rawalpindi było tymczasową stolicą Pakistanu, gdy budowano Islamabad, a Karaczi już przestało pełnić swoją funkcję stolicy. Miasto przylega do Islamabadu, ale to już zupełnie inny świat. Szybko porzuciłem auto, które i tak utknęło w korku i udałem się na piechotę w kierunku starego miasta. Wkrótce znalazłem się w swoim żywiole – sprzedawcy, warsztaty, uliczne jedzenie, klaksony, harmider, czyli pulsujące życie.

Rawalpindi. Fot. Jacek Torbicz.

Wiekowe budynki zdają się walić, są krzywe, oplatają je pajęczyny kabli. Jednak na wielu można dostrzec ślady świetności, rzeźbione w drewnie fasady i kamienne ornamenty. To wszystko musiało kiedyś wyglądać znacznie lepiej. Może nawet wyglądało porządniej, gdy Rawalpindi znajdowało się w brytyjskich Indiach.

Rawalpindi. Fot. Jacek Torbicz.

W wąskich uliczkach tworzą się korki riksz, a za chwilę motorków, które nie są w stanie przecisnąć się między nimi.  W rejonie Sarafa Bazar, czyli sercu starego Rawalpindi utworzył się nawet korek… pieszych. Nie wierzycie? To zobaczcie krótki filmik z tego miejsca:

Przez kilka godzin tej włóczęgi nie spotkałem ani jednego innego cudzoziemca. Ludzie patrzyli na mnie badawczo, niektórzy dyskretnie. Zaledwie kilka osób mnie pozdrowiło, a jeden powiedział: it is not right place for you, nie wyczułem w tym wrogości, a raczej przestrogę. Nie przypominało mi to Rawalpindi sprzed lat, gdy ludzie tutaj wydawali mi się o wiele bardziej przyjaźni.

Rawalpindi. Fot. Jacek Torbicz.

Poszczególne części miasta dedykowane są różnym towarom w sklepikach. Wszedłem w uliczkę przy której wszędzie sprzedawano stroje dla nowożeńców. Jak widzicie pani młoda ubiera się tutaj na kolorowo. Moda białych sukien nie przyszła, jak to dzieje się w niektórych innych krajach Azji kopiujących nasze wzory.

Rawalpindi. Fot. Jacek Torbicz.

Powoli robiłem się głodny. Kupiłem pieczonego na ulicy kruchego placka. Dałem 50 rupii (1,20 zł) i dostałem jeszcze resztę 20 rupii. Głód zaspokoiłem w lokalnej, ale polecanej knajpce. Zamówiłem yahnin mutton, specjalność tego miejsca. Jedzenie było świetnie doprawione, choć baraniny były śladowe ilości i podane było na plastikowych talerzach. Wspaniałe danie pochłonąłem łapczywie. Właściciel wydawał się tym bardzo ukontentowany i przyjazny. Pokazał mi zdjęcia z byłym premierem oraz ministrem spraw wewnętrznych Pakistanu, którzy jedli ponoć u niego. Gratulowałem mu, choć jakoś do końca nie uwierzyłem w jego historię. Jeśli kiedyś będziecie w Rawalpindi, znajdźcie Dilber Restaurant, warto.

Właściciel Dilber Restaurant za kontuarem. Fot. Jacek Torbicz.

Dzisiaj, gdy spotkałem innych towarzyszy podróży, na Rawalpindi spadł deszcz. Ulicami popłynęły rzeki i nie było już szans pochodzić po starym mieście. Zaglądnęliśmy jednak na dworzec kolejowy.

Na dworcu w Rawalpindi. Fot. Jacek Torbicz.

Kupiliśmy bilety peronowe, przypomniałem sobie, że kiedyś u nas takie też istniały. Pociągi do dalekiego Karaczi wciąż kursują i jeżdżą tak samo wolno. Wagony wyglądają, jakby były jeszcze z czasów brytyjskich, choć zapewne są młodsze. Poczułem wielką pokusę, by jak kiedyś wsiąść do pociągu z plecakiem, bagażem beztroski i planami zdobycia całego świata…

Dalszą opowieść z Pakistanu znajdziecie tutaj.

Rawalpindi. Fot. Jacek Torbicz.

 

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

1 KOMENTARZ

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię