Poprzednia relacja z WKS, kliknij tutaj.

Kraj bez turystów

Wybrzeże Kości Słoniowej stało się dla mnie celem kolejnej „pandemicznej” wyprawy. Plusem podróżowania w pandemii jest brak tłumów turystów. Jednak tam i tak nie było turystów nawet przed pandemią.

Okolice Grand Bereby. Fot. Jacek Torbicz.

Kiedyś jednak było inaczej. Do zamachu stanu w 1999 roku, który zapoczątkował serię niepokojów i dwie wojny domowe WKS było oazą stabilności i dobrobytu, jak na warunki afrykańskie. Byli też turyści, eleganckie hotele i restauracje. Nadmorskie Grand Bassam stało się imprezownią porównywalną z Ibizą. Przyjeżdżali tu młodzi, żądni wrażeń Francuzi i Włosi. Dziś nie spotkaliśmy ani jednego zagranicznego turysty, w stolicy jedynie widać w hotelach kontraktowych europejskich pracowników, głównie Francuzów.

Po co w ogóle jechać do Wybrzeża Kości Słoniowej? Można odpowiedzieć krótko: Bo jest. Tak kiedyś odpowiedział jakiś himalaista pytany o przyczynę zdobywania szczytu.

Targ w Grand Bassam. Fot. Jacek Torbicz.

Gdzie są ekolodzy?

Cote d’Ivoire jest krajem wielkości Polski i tak samo ma regularny, okrągławy kształt. Długie wybrzeże Atlantyku pełne jest plaż, choć mało z nich jest bezpiecznych do kąpieli. Fale i prądy oceaniczne porwały już w morskie odmęty niejednego pływaka. Musicie naprawdę uważać, gdybyście tam byli. Północ kraju zajmują sawanny, coraz bardziej zielone, czym dalej na południe.

Droga w środkowej części kraju. Fot. Jacek Torbicz.

Naturalną roślinnością południa jest podrównikowa, bujna dżungla. Serce ściskał mi żal, gdy patrzyłem, jak została ona ogołocona z wielkich, cennych drzew. Rabunkowa gospodarka trwa nadal w najlepsze i wycina się praktycznie ostatnie leśne obszary. Od czasu do czasu widzieliśmy ciężarówki z wielkim pniem na pace. Przy okazji pozabijano już większość dzikich zwierząt. Po co? Aby je zjeść lub zrobić z nich cenne amulety. Ta katastrofa nie omija parków narodowych, których nikt właściwie już nie pilnuje. Przejeżdżając skrajem Parku Narodowego Marahoue, widzieliśmy na własne oczy skalę dewastacji. Ostatnie duże kilkudziesięciometrowe drzewa stoją samotnie i czekają na ścięcie. To właśnie biedne, afrykańskie kraje powinno być frontem walki dla ekologów.

Fot. Jacek Torbicz.

Taka sytuacja złościła mnie bardzo, gdyż państwo działa w miarę dobrze, gospodarka odrodziła się, eksport kakao, najważniejszego produktu, kwitnie. Jednak pod względem ochrony przyrody państwo nie istnieje. Nikt nie przejmuje się jakimiś słoniami, szympansami i antylopami, których niedobitki przemykają po iworyjskich lasach. Okropność!

Jednym z naszych celów był Park Narodowy Tai, jednak od czasów pandemii, obszar ten praktycznie przestał być dozorowany. Właściwie nie ma rangersów, nikt nie monitoruje stanu zwierzyny. Podobno nikt już nawet nie dozoruje unikatowych stad szympansów żyjących w Tai. Ten obszar przy granicy z Liberią penetrują za to coraz częściej uzbrojeni w kałasznikowy bandyci – kłusownicy. Jedyna antylopa jaką widzieliśmy podczas całej podróży pasła się na wpół oswojona obok hotelu.

Fot. Jacek Torbicz.

Plaże Wybrzeża Kości Słoniowej i święte małpy

Już wiemy, że jeśli chodzi o obserwację zwierząt, Wybrzeże Kości Słoniowej nie jest najlepszym kierunkiem. Co może zatem zachwycić?

Bardzo podobało nam się wybrzeże kraju z piaszczystymi i czystymi plażami, miejscowościami rybackimi i niezłymi hotelami. Blisko Abidżanu leży dawna, francuska stolica kolonii Grand Bassam z wpisaną na listę UNESCO zrujnowaną dzielnicą kolonialną. Poleniuchowaliśmy trochę w Assinie, to miejscowość przy granicy z Ghaną posiadająca szerokie, duże plaże ocienione palmami kokosowymi. Z miejscowymi chłopakami pograliśmy tu w piłkę, najpopularniejszy sport w kraju. WKS oprócz kakao eksportuje do Europy piłkarzy. Najsłynniejszymi z nich jest Didier Drogba i Yaya Touré.

Plaże Assinie. Fot. Jacek Torbicz.

Wypad do pobliskiego Parku Narodowego Iles Ehotile pozwolił nam zobaczyć zaledwie kilka gatunków ptaków, nie spotkaliśmy ani jednego osobnika z czterech gatunków małp zamieszkujących park. Na położonych na terenie zalewowym wyspach przetrwały przynajmniej piękne drzewa. Przy okazji, jedyne małpy, które ujrzeliśmy w tym państwie, mieszkały w świętym dla okolicznych mieszkańców lesie. Swoje życie zawdzięczają wierze, że są przodkami tutejszych ludzi. Małpom urządza się nawet pogrzeby w murowanych grobach, zupełnie jak ludziom.

Groby małp w okolicach Daloa. Fot. Jacek Torbicz.
Małpy w których żyją duchy przodków. Fot. Jacek Torbicz.

Czym dalej na zachód jest coraz biedniej, a wybrzeże staje się bardziej dzikie. Cudne plaże i bezpieczne do kąpieli morze posiada miejscowość Grand Bereby, w której spędziliśmy piękne dni.

Plaże Grand Bereby. Fot. Jacek Torbicz.

Osady przez które przejeżdżaliśmy aby tam dojechać wraz z miastem San Pedro moi przyjaciele określili jednak mianem „przedsionek piekła”.  Bieda aż piszczy, podejrzewam, że podobnie musi wyglądać bliska już Liberia, w której jeszcze nie byłem.

Fot. Jacek Torbicz.

Watykan w Afryce, czyli Jamusukro

Atrakcją kraju jest największa na świecie bazylika Matki Bożej Królowej Pokoju w Jamusukro, w stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej. Zbudowana jest na wzór Bazyliki św. Piotra w Watykanie, ale jest szersza i wyższa. Tysiące metrów kwadratowych wspaniałych witraży, sprowadzane z Europy marmury, to robi wrażenie. Polscy ojcowie Paulini opiekujący się bazyliką wspomnieli, że na największych nabożeństwach gromadziło się to 300 tysięcy ludzi, czyli tyle ile ma  całe Jamusukro. A trzeba zaznaczyć, że na tych terenach przeważają już muzułmanie. Bazylika na ogół jest pusta, podczas niedzielnych nabożeństw wypełniona jest tylko w niewielkiej części.

Bazylika w Jamusukro. Fot. Jacek Torbicz.

Decyzję o budowie podjął Félix Houphouët-Boigny, ojciec niepodległości i wieloletni prezydent kraju. Może i miał manię wielkości, ale pozostawił po sobie coś niesamowitego, na wiele pokoleń. Podobizna prezydenta i jego żony została uwieczniona bardzo dyskretnie na jednym z witraży. W scenach biblijnych na witrażach znajdziemy też postać architekta pochodzenia libańskiego i kierownika budowy. Prezydent podarował bazylikę wraz z całym terenem Watykanowi i dziś stanowi ona obszar eksterytorialny, taki jaki mają ambasady.

Na zdjęciu poniżej na górze po lewej stronie dostrzeżecie twarz prezydenta Felixa, jedynego ciemnoskórego na tym witrażu. Motyw palm kokosowych pojawia się często, gdyż bazylikę zbudowano na miejscu plantacji tych palm.

Witraże bazyliki w Jamusukro. Fot. Jacek Torbicz.

Dyskutowaliśmy o celowości wzniesienia tak wielkiej bazyliki, przeznaczeniu gigantycznych środków w biednym kraju. Prawdą jest też, gdy ją budowano w latach osiemdziesiątych, kraj prosperował znacznie lepiej. Można w sposób populistyczny rozumować, że lepiej było budować szpitale, szkoły, czy drogi. Ale czy w dawnych czasach powstałby Kościół Mariacki, Notre Dame w Paryżu i Tadż Mahal przy tym sposobie rozumowania? Wtedy biedy i potrzeb było jeszcze więcej. Dlaczego emir Dubaju wybudował Burdż Khalifa, zamiast pomagać biednym muzułmańskim uchodźcom i swym braciom Palestyńczykom? Takie pytania moglibyśmy stawiać od czasów budowy piramid egipskich.

Bazylika w Jamusukro. Fot. Jacek Torbicz.

Krokodyle Jamusukro

Ogromny obszar pałacu prezydenckiego w Jamusukro jest otoczony wysokim murem i nie ma szans zobaczyć go od środka. W sztucznych jeziorach obok pałacu żyją ogromne, dokarmiane żywymi kurczakami krokodyle, symbol mocy i siły. Zwierzęta te uważa się za święte i lubił je sam prezydent. Krokodyle mają stopnie wojskowe i funkcyjne w zależności od wielkości. W dniu, w którym prezydent umarł, jeden z jego zwolenników z krzykiem, że życie bez niego nie ma już sensu, popełnił dość szczególne samobójstwo. Wskoczył między gady, które szybko go pożarły. Krokodyle oddziela od nas metalowa barierka, która nie zawsze skutecznie chroniła ciekawskich ludzi przed atakami. Najbardziej spektakularny wypadek zdarzył się w 2012, gdy został pożarty Dicko Toki, najbardziej doświadczony karmiciel krokodyli. Toki znalazł się w paszczy „Szefa Gabinetu”, największego z nich. Po gadach i niektórych ludziach nie spodziewajmy się nigdy wdzięczności.

Święte krokodyle w Jamusukro. Fot. Jacek Torbicz.

Jamusukro zostało stolicą w 1983 roku. Niegdyś było mało znaczącą wioską z kilkuset mieszkańcami. Łatwo możecie się domyślić, dlaczego zostało stolicą. To rodzinna wioska prezydenta Félixa Houphouët-Boigny. Pałac prezydencki jest dokładnie na jej miejscu…

Król Anyi

Skarbem Wybrzeża Kości Słoniowej są tradycyjne tańce poszczególnych plemion. Przekazywane z pokolenia na pokolenie ruchy, maski, stroje stanowią niematerialne dziedzictwo kraju. Udało nam się zobaczyć trzy tańce, w tym wpisany na listę UNESCO Zaouli, ale o tym może napiszę więcej przy innej okazji. Możecie jednak już teraz obejrzeć krótki film na którym uchwyciłem tancerza.

Wiele narodowości Wybrzeża Kości Słoniowej utrzymuje dawne struktury plemienne. Mają króla, radę starszych, osoby upoważnione do przeprowadzania specjalnych ceremonii. Takiego króla rezydującego w miejscowości Abengourou posiada lud Anyi. Wprawdzie król nie ma już oficjalne władzy, ale praktycznie wszystkie ważniejsze decyzje muszą być przez niego zatwierdzone. Rezyduje w pałacu, do którego nie ma prawa wejść nikt bez jego pozwolenia, nawet policja. Zdarza się, że na królewski dziedziniec uciekają przestępcy i proszą o ochronę i azyl. Król w takim przypadku musi sam zbadać sprawę i zdecydować, czy wydać policji zbiega.

Zabudowania pałacu króla w Abengourou. Fot. Jacek Torbicz.

W Abengourou byliśmy świadkami ceremonii zatwierdzenia wyboru wodza jednej z okolicznych wiosek przez radę królewską. Sam król Boa Kouassi III ze względu na wiek już rzadko pojawia się publicznie. Przy akompaniamencie bębnów decyzję zatwierdzono. Nowe imię dla wodza wybrały kobiety.

Wybór wodza wioski w pałacu w Abengourou. Fot. Jacek Torbicz.

Wieść niesie, że to właśnie kobiety tak naprawdę rządzą ludem Anyi. Dziecko dziedziczy po matce i liczą się tylko więzy krwi. To logiczne, nikt nie wie, kto jest prawdziwym ojcem, możemy być pewni tylko swojej matki. Królową w Abengourou nie jest żona króla, nie ma przecież więzi krwi z mężem. Królową jest wybrana osoba z rodziny, np. może to być siostrzenica matki.

Kobiety ponoć rządzą samym królem i dworem. Istnieje wspólnota Komian, można powiedzieć, że jest to swego rodzaju szkoła czarownic. Kobiety należące do tej wspólnoty poznają tajniki kontaktu z duchami, leczenia duszy i ciała. Łączność z zaświatami nawiązują podczas ekstazy, w którą wpadają podczas tańca. Powszechnie wiadomo, że bez ich akceptacji król nie może podjąć żadnej istotnej decyzji. Mieliśmy okazję odwiedzić szkołę Komian.

Tancerki Komian. Fot. Jacek Torbicz.

Wybrzeże Kości Słoniowej oferuje o wiele więcej, niż to, co opisałem. Spędziłem tu zaledwie dwa tygodnie i wiele miejsc musiałem pominąć. Kraj ma w sobie coś dziwnego, coś, czego nie umiałem zdefiniować. Może nie chciałbym tu mieszkać, ale bez większego entuzjazmu opuściłem gorący i zwariowany afrykański świat, by znaleźć się z powrotem w ponurym, zimnym i ciemnym o tej porze roku Krakowie.

Jeśli chcecie przeczytać o Abidżanie, największym mieście kraju, kliknijcie tutaj.

 

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

2 KOMENTARZE

  1. Mi się mega podobało, widać ze kraj jest jednym z bogatszych w regionie, ludzie życzliwi chociaż oczywiście na kasę naciągają – trochę stopem jeździliśmy w okolicy Assinie – tez bez problemu, polnoc kolorowa i egzotyczna z wpływami z Burkiny i Mali.

  2. Mi się mega podobało, widać ze kraj jest jednym z bogatszych w regionie, ludzie życzliwi chociaż oczywiście na kasę naciągają – trochę stopem jeździliśmy w okolicy Assinie – tez bez problemu, polnoc kolorowa i egzotyczna z wpływami z Burkiny i Mali.
    Zgadzam się ze jest drogo, No i zwierząt faktycznie jak na lekarstwo albo mniej 🙂

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię