Jedziemy na północ Pakistanu.

Z trudem oderwałem się od znakomitego szaszłyka podawanego z sypkim ryżem z rodzynkami i usiadłem, by napisać kilka słów o naszej podróży. Do opisania pakistańskiej kuchni spróbuję jeszcze wrócić, wciągnęła mnie po uszy i zupełnie nie tęsknię do ruskich pierogów.

Na kilka dni dołączyłem do grupy Prestige Tours przemierzającej ten kraj. Jak dobrze, że są jeszcze ludzie żądni zwiedzania, dla których ani Pakistan, ani covid nie straszny. Uwielbiam ich. Z  żalem pożegnałem towarzyszy podróży i jestem już sam w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie, byłym księstwie Hunza. Ale zacznę od początku.

Wieś Hussaini, Hunza. Fot. Jacek Torbicz.

Taxila

Z Islamabadu ruszyliśmy na północ w kierunku gór. Nie mogłem doczekać się już ujrzenia Himalajów, ale zanim to nastąpiło zatrzymaliśmy się w Taxila, starożytnym mieście założonym w VI wieku p.n.e. Jako, że jest wpisane na listę UNESCO, spodziewałem się ujrzeć tu coś szczególnego. Z drugiej strony ta lista zrobiła się bardzo pojemna i nie jest już wyznacznikiem, czy warto nadrobić podróży, by zobaczyć obiekt z tej listy.

Taxila była przez wieki ważnym centrum buddyjskim, a do dziś zachowały się ruiny dwóch stup. Ponoć triumfalnie i bez oporu zajął ją Aleksander Macedoński i nic dziwnego, że w tutejszym muzeum z ogromną kolekcją rzeźb z łatwością odnaleźliśmy wpływy greckie. Urzekła mnie głowa Buddy o niezwykłych rysach, a także eksponaty zabawek liczących sobie dwa tysiące lat. Słodkie to jest, starożytne dzieci nie różniły się chyba wiele od naszych.

Muzeum w Taxila. Fot. Jacek Torbicz.
Muzeum w Taxila. Fot. Jacek Torbicz.

Na miejscu czekała na nas pakistańska telewizja i z chęcią udzieliłem jej wywiadu. Odpowiadając na pytania podziwiałem ich starożytną cywilizację i piękno kraju. Wyrażałem zbulwersowanie tendencyjnym przekazem światowych mediów na temat Pakistanu. Myślę, że wywiad trafił do programu z wysoką oglądalnością, ale niestety podczas dalszej podróży nie byłem rozpoznawany i nie rozdawałem autografów.

Niemniej w Pakistanie czujemy się wszyscy jak gwiazdy. Często ludzie fotografują nas ukradkiem, a odważniejsi proszą o wspólne zdjęcie. Takie sytuacje zdarzają się w restauracjach, na ulicy i na górskich szlakach. Wygląda to tak, jak na zdjęciu poniżej. Przy okazji przypominam, że twarze znajomych zasłaniam, gdyż nie chce mi się pytać za każdym razem o ich zgodę

Fot. Jacek Torbicz.

W planie wycieczki mieliśmy też zobaczenie świątyni sikhów Gurdwara Sri Punja Sahib, jednak z powodu covidu nie wpuścili nas do środka. Niemniej samo miasteczko jest atrakcyjne i nakarmiło nas plackami z pieca tandori. Kupując uliczne jedzenie spotkaliśmy się z typową gościnnością. Niektórzy sprzedawcy nie chcieli od nas pieniędzy i upierali się, by przekąski dawać nam za darmo.

Fot. Jacek Torbicz.

Karakoram Highway

Pierwsza część Karakoram Highway, niezwykłej trasy łączącej Pakistan i Chiny jest świetną autostradą. Estakady, tunele, pojawiają się coraz większe wzgórza, to już początek Himalajów. Autostrada kurczy się do jednego pasa, ale droga wciąż znakomita. Na tunelach napisy o chińsko – pakistańskiej przyjaźni, drogi i tunele na KKH (Karakorum Highway) budują Chińczycy. Jak powiększycie zdjęcie dostrzeżecie na tunelach odpowiednie hasła.

Autostrada koło Abbotabad. Fot. Jacek Torbicz.
Tunel na Karakoram Highway. Fot. Jacek Torbicz.

Kusiło mnie, by zjechać na Abbottabad, miasto w którym ukrywał się Osama bin Laden. Tutaj amerykańskie oddziały specjalne SEALs w operacji „Trójząb Neptuna” zabiły najbardziej poszukiwanego człowieka świata po niemal dziesięciu latach ścigania. Bin Laden nie bronił się, Amerykanie zastrzelili jego, jednego z synów i dwie inne osoby. Operację przeprowadzono bez wiedzy władz Pakistanu, którego rząd wyrażał oburzenie, ale wydawał się też zakłopotany faktem, że Osama ukrywał się w mieście koło Islamabadu. W dodatku w Abbottabad istnieje szkoła wojskowa… Mino wszystko nie przekonują mnie teorie, że władze Pakistanu znały jego miejsce pobytu. Willę Osamy zburzono, zapewne po to, by nie stała się miejscem kultu.

W stronę Nanga Parbat

Po pewnym czasie wjechaliśmy już w prawdziwe Himalaje boczną drogą doliną rzeki Kunhar. Miasteczko Balakot dostarczyło mi wrażeń kulinarnych. Przy samym moście na rzece w lokalnej knajpce sprzedają kultowe szaszłyki. Mielona wołowina mieszana z mąką, warzywami i przyprawami smażona w głębokim tłuszczu. Pierwsza klasa, choć niewielu w moich towarzyszy chciało spróbować tego specjału prawdopodobnie na skutek nieciekawych warunków sanitarnych tego słynnego miejsca. Zobaczcie zresztą sami:

Droga prowadzi do bardzo popularnej wśród pakistańskich turystów miejscowości Naran, a potem na przełęcz Babusar. Tu jesteśmy na wysokości ponad 4 tysięcy metrów. Chmury zakrywają nasz cel, potężny masyw Nanga Parbat, najbardziej na zachód wysuniętego himalajskiego ośmiotysięcznika. Naszym celem nie jest oczywiście szczyt Nanga Parbat, ale po cichu liczę, że uda mi się dojść przynajmniej do Nanga Parbat Base Camp.

Pojawiające się fantastyczne góry dają przedsmak tego, co nas czeka już w najbliższych dniach…

Poprzednia część o Pakistanie jest  tutaj a następna tutaj.

Widok z drogi do Naran, Pakistan. Fot. Jacek Torbicz.

Fot. Jacek Torbicz

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię