Abidżan

Abidżan to miasto, do którego trafia każdy podróżujący do Wybrzeża Kości Słoniowej, gdyż lądowe granice wciąż pozostają zamknięte w wyniku epidemii. To największe miasto kraju, ale oficjalnie nie jest ono stolicą. Mój samolot przyleciał w nocy i przez niemal puste ulice jechałem błyskawicznie taksówką do centrum. Jak na afrykańską metropolię nie wyglądało to źle. Ulice są oświetlone, przy szerokich arteriach dużo reklam, co świadczy, że biznes się kręci. Szybko dojechałem do centralnej dzielnicy biznesowej, czyli Plateau, w której wybrałem nocleg.

Dzielnica Plateau, Abidżan. Fot. Jacek Torbicz.

Pierwsze dni spędzam na eksplorowaniu Abidżanu, zrobiłem też sobie wypad do położonego o 100 kilometrów Assinie, które leży nad oceanem przy granicy z Ghaną. Mam sporo spraw do załatwienia do czasu przyjazdu towarzyszy podróży, ale też nieco czasu na wstępne poznanie kraju.

Plaże Assinie. Fot. Jacek Torbicz.

Lubię odkrywać dla siebie wielkie miasta, każde jest inne. W Abidżanie czuję się dosyć bezpiecznie, choć po zmroku samotnie nie spaceruję jego ulicami. Z lepszym poznaniem nocnego życia poczekam na towarzystwo, które do mnie dołączy. Jeszcze niedawno, podczas wojny domowej zakończonej tu w 2011 i jakiś czas po niej panowało tu ponoć bezprawie. Dzisiaj Abidżan wraca do normalności i jak na Afrykę wydaje mi się bezpieczny.

Niosę tylko gałęzie!

Miasto leży na wyspach i półwyspach nad laguną Ebrie. Ebrie to nazwa plemienia, które tu mieszkało i długo utrzymywało swoje tradycje, zanim połknęła je wielka metropolia. Według podania nazwa miasta pochodzi od nieporozumienia. Europejczycy próbowali zapytać miejscowego o nazwę miejsca, ten odszedł przestraszony, wołając, że niesie tylko gałęzie. I te gałęzie to właśnie słowo „m’bidjan” w miejscowym języku. Poszczególne dzielnice połączone są mostami i czymś na kształt tramwajów wodnych. Właśnie takim tramwajem popłynąłem do dzielnicy Blockauss, rdzenny teren Ebrie  i miejsce otoczone szczególną opieką duchów. Do tego stopnia nikt nie chciał naruszać spokoju przodków, że podczas wojny domowej żadna ze stron tu nie walczyła i nie prowadziła bombardowań. Mówiąc delikatnie nie znalazłem ciekawym miejsc w tej części miasta. Po spacerze, wypiciu piwa i małej awanturze w barze, że zrobiłem komuś zdjęcie, z ulgą opuściłem Blockauss.

Bar w Blockauss. Fot. Jacek Torbicz.

Paryż Afryki

Największe miasto Wybrzeża Kości Słoniowej prezentuje się nieźle. Przecinają je arterie, sprawnie działa komunikacja miejska.  Widać tu jeszcze ślady świetności w postaci ciekawych budynków, wytyczonych arterii i resztek ocalałych drzew. Należy dodać, że podczas wojny sadzone przez Francuzów drzewa były wycinane, jako skuteczna osłona dla atakujących podczas walk ulicznych. Przykre.

Abidżan za czasów francuskich był nazywany Paryżem Afryki, dzięki portowi i kolei doprowadzonej tu aż z Nigru szybko się bogacił. Powstawały budynki w stylu art deco, kina, hotele, mosty, na zacienionych ulicach piło się kawę i jadło w znakomitych restauracjach.

Po uzyskaniu niepodległości przywódca kraju Félix Houphouët-Boigny (nazwisko czytamy „Ufue-Buani”, ach ta pisownia francuska) postanowił trzymać sztamę z dawną metropolią i nie ulec modnemu wśród jego czarnoskórych braci komunizmowi. Zapewniło to Wybrzeżu dobrą sytuację gospodarczą i Abidżan rozwijał się znakomicie aż do lat dziewięćdziesiątych. Był podobno najbogatszym miastem Afryki Zachodniej i nic dziwnego, że ściągało tu mnóstwo ludzi z prowincji i krajów ościennych. Dziś mieszka tu ponad pięć milionów ludzi, ale znaczna część niestety w slumsach, które łatwo zobaczyć jadąc wzdłuż wybrzeża na wschód.

Abidżan. Fot. Jacek Torbicz.

Byłem nieco zszokowany tutejszymi cenami wszystkiego, co europejskie lub nieco bardziej luksusowe. Można powiedzieć, że dziś z Paryża Afryki pozostały jedynie ceny. W zwykłej, francuskiej restauracji w mojej dzielnicy Plateau zapłaciłem za  biznesowy lunch równowartość 305 złotych za dwie osoby za same drugie dania z piwem. Następnym razem będę musiał dłużej pomyśleć, zanim kogoś zaproszę. W barach w stylu zachodnim też ceny są kosmiczne, nie mówiąc o noclegach. Z kolei w miejscowym barze, gdzie noga żadnego Francuza nigdy nie stanie, piwo kosztowało mnie zaledwie 3,50 zł, a bilet na wodny tramwaj złotówkę. No ale dosyć już o cenach.

Fotografowanie w Abidżanie

Właśnie wróciłem z ciekawego spaceru, pogoda znakomita, upał niewielki, zaledwie około 30 stopni, choć duża wilgotność nie ułatwia spacerów. Chciałem zrobić trochę zdjęć, ale wiele nie zdążyłem. Szybko zatrzymał mnie policjant, tłumacząc, że chodzenie z takim aparatem fotograficznym jest niebezpieczne i trzeba go w dodatku zarejestrować na merostwie (!). Mój aparat to zwykły, prosty sony z ogniskową 24-200. Nie chciałem już dyskutować, bo i tak szybko zatrzymałby mnie następny. Pochodziłem zatem bez robienia zdjęć.

Abidżan. Fot. Jacek Torbicz.

Moja dzielnica Plateau zabudowana jest ciekawymi budynkami i wieżowcami pochodzącymi z różnych epok. Nowych zbyt wielu nie buduje się. Z daleka widoczna jest wielka katedra wybudowana w latach osiemdziesiątych za czasów wspomnianego prezydenta Felixa o skomplikowanym nazwisku. Był katolikiem i to właśnie jemu zawdzięczamy też rekordową, największą na świecie bazylikę w Jamusukro. Nieco mniejszy jest Wielki Meczet, a trzeba pamiętać, że obecny prezydent to muzułmanin. Mnie natomiast zafascynował budynek o nazwie „Piramida”. Został zaprojektowany przez włoskiego architekta w stylu brutalizmu, cokolwiek to znaczy. Architekt znalazł natchnienie w wiejskich targach i chyba dlatego użył coś, co przypomina blachę falistą. Były tu mieszkania, sklepy, klub nocny i podziemny parking na 1800 samochodów. Piramida została opuszczona z powodu wysokich kosztów i wojny domowej. Dzisiaj stoi pusta, a jej brutalizm napawa grozą i przypomina budowle z Mad Maxa.

Piramida, Abidżan. Fot. Jacek Torbicz.

Mam zamiar zobaczyć jeszcze kilka miejsc w Abidżanie, a wkrótce ruszamy na iworyjski szlak na północ kraju. Dlaczego iworyjski? Felix postanowił kiedyś, że kraj ma się nazywać po francusku „Cote d’Ivoir” we wszystkich językach i zalecił innym krajom, by tylko tak nazywać jego ojczyznę. Bardzo o to dbał. Przez jakiś czas w Polsce używano tej francuskiej nazwy, ale w końcu nasi twórcy języka dopuścili polskie tłumaczenie nazwy państwa. Jeśli chodzi o przymiotnik, pozostało „iworyjski”, nikt nie wpadł na razie na określenie „kościosłoniowy”. I niech tak właśnie zostanie.

Kliknij tutaj jeśli chcesz dalej poczytać o Wybrzeżu Kości Słoniowej.

close

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

Zapisz się do newslettera

Zostaw swój adres e-mail, aby otrzymywać powiadomienia o najnowszych postach na blogu.

Polityka prywatności

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz
Proszę wpisać swoje imię